Stories


Imperator Justod I

Czas: 981 IJ – Czasu Imperium

Miejsce: Skartvyk, dawna stolica imperium

Zebrali się jak zwykle w sali tronowej. Zespół najlepszych naukowców z wielu dziedzin. Lekarze, genetycy, cybernetycy, nanotechnolodzy, oraz liczni specjaliści z kilku dziedzin, które jeszcze nie miały ustalonej nazwy. Wszyscy mieli tylko jedno wspólne zadanie. Uczynienie imperatora Justoda I nieśmiertelnym. Bez względu na wszystko. Pieniądze, etyka, wiara, czy moralność – nie miały żadnego znaczenia. Imperator zażyczył sobie życia wiecznego i tak miało się stać.

1by1.png

Do tej pory najlepiej rokującym sposobem osiągnięcia celu było klonowanie. Tajne imperialne fabryki produkowały już dziesiątki biologicznych kopii imperatora. Coraz bardziej udane klony. Dzięki nowym sztucznym macicom udało się przyspieszyć rozwój od etapu embrionalnego do dorosłego ciała w czasie krótszym niż rok. Do rozwiązania pozostał już tylko jeden problem – skopiowanie umysłu imperatora do nowego ciała.

Terrence Ebodiah, którego imię miało zapisać się w historii świata, genetyk, pierwotnie wspomagający prace nad synchronizacją kodu sztucznej macicy z klonem, miał swoją teorię, do której próbował przekonać pozostałych. Uważał, że o wiele lepszą kompatybilność klonu z oryginałem uzyska się wtedy, gdy klon będzie posiadał tylko żeński kod genetyczny, gdyż sam transfer osobowości na poziomie komórkowym będzie znacznie uproszczony. Na poprzednim spotkaniu przedstawił imperatorowi wyniki swoich eksperymentów. Faktycznie były one zachęcające, ale wszystkie dotyczyły tylko przenoszenia umysłu wzorca kobiecego. Specjaliści od cybernetyki i cyfrowego przechowywania zapisu umysłu zgadzali się z Terrencem. To oni dziś mieli zaprezentować nowe rozwiązania korony neuronowej.

Imperator Justod I pojawił się tak jak zwykle – jako holoprojekcja postaci zasiadającej na tronie. Jego prawdziwe ciało znajdowało się kilkaset metrów niżej, w Sypialni. Było to najlepiej strzeżone pomieszczenie w całym imperium. Bez żadnego wyjątku – wszyscy, którzy mieli tam dostęp, mieli wszczepione w rdzeń kręgowy detonowane zdalnie ładunki wybuchowe, które mógł uruchomić imperator lub dowódca ochrony Sypialni. Co było zabezpieczeniem dowódcy ochrony – nie wiedział nikt poza samym imperatorem.

– Panowie, tylko konkrety, kurwa – Justod I zaczął bezceremonialnie.

– Mam zapis pierwszego udanego transferu, skorzystałem z nowego projektu kolegów cybernetyków, którym należą się pochwały – Terrence szybko wystąpił do przodu i wcisnął pilot kieszonkowego projektora. Przed tronem pojawiła się projekcja zapisu eksperymentu.

Na jej początku jakiś mężczyzna recytował z pamięci dziesiątki losowych słów i liczb. Niewidoczny dla niego ekran pokazywał, że wszystko mówił zgodnie z wzorcem. Później nastąpił przeskok obrazu i ten sam mężczyzna leżał unieruchomiony, a do jego ciała były podłączone dziesiątki przewodów i sond. Kamera zrobiła zbliżenie na jego głowę, a w zasadzie na to, co z niej zostało. Mężczyzna nie miał górnej części twarzy, a czaszka kończyła się poniżej oczodołów. Nad nią wisiał moduł nowej korony neuronowej. Umieszczone w niej setki mikrolaserów wycinały po kawałku mózg, a inne manipulatory, które poruszały się tak szybko, że widoczne były tylko w chwilach, gdy przechodziły proces oczyszczania z krwawej galarety, zajmowały się odczytem tego, co zostało odcięte od tkanki.

– Sam proces odczytu – odezwał się Terrence, – dzięki schłodzeniu ciała i podaniu nowego zamiennika krwi, udało się skrócić do 12 minut.

– Do rzeczy, panie Ebodiah, widziałem już tę krwawą sieczkę – głos imperatora ciął powietrze jak laserowy nóż masło.

Terrence nie odezwał się już, przewinął zapis do kolejnej sceny. W laboratoryjnej sali leżała przymocowana do stołu naga kobieta. Znad jej głowy podnosił się moduł wyjściowy korony neuronowej.

– Imię, nazwisko, numer więźnia, sekwencja! – głos spoza kadru należał do Terrence’a.

– Stevo Ronnah, 72S0220LS – i kobieta zaczęła recytować. Ponownie pojawił się ekran z zapisem wzorca. Postać ponownie powtórzyła serię losowych słów w odpowiedniej kolejności. Po wszystkim zapis się wyłączył.

– Pełen transfer – ponownie powiedział Terrence. – Oczywiście z pominięciem płci klona. Przeprowadziliśmy potem jeszcze serię testów. Zgodność pamięciowa 100% do czasu 6h przed wymrożeniem. Potem pojawia się trochę luk w pamięci krótkotrwałej, ale do czasu 15 minut przed wymrożeniem pamięć zgodna w ponad 80%. Teraz sprawdzamy jeszcze wpływ zmiany płci na osobowość, ale sekcja biochemiczna zachęcona moim sukcesem, pracuje nad synchronizacją z klonami męskimi.

– Doskonale panie Ebodiah, – obraz postaci Justoda I po raz pierwszy się uśmiechnął, – czego pan potrzebuje do przyspieszenia prac?

– Przyda mi się jeszcze jeden zespół od przyspieszania hodowli klonów i jedno chronione laboratorium w spokojnym miejscu – Terrence Ebodiah, doskonale wiedział, o co prosić imperatora.

– Proszę czekać na informacje, a zespół dobrać samemu – imperator wykonał mimowolny gest przerwania połączenia, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. – Aha i jeszcze jedno, czy da się coś zrobić z tym odczytem, żeby to zawsze nie robiło takiej miazgi z mózgu?

– Obawiam się że nie, klony mają już genetycznie zaprojektowane i wszczepiane na etapie embrionalnym porty wejściowe do wgrywania nowej świadomości, ale żaden człowiek zrodzony z kobiety tego nie posiada. Musimy rozebrać mózg i rdzeń kręgowy na kawałki, żeby dobrać się do pamięci i świadomości.

A poza tym – tego już Terrence nie powiedział na głos, ale pomyślał – chcę widzieć jak te pierdolone maszyny wybierają ci, stary chuju, mózg po kawałku, po tym, gdy podmienię płyn znieczulający na coś specjalnego. Nie tylko za to, co twoje rządy zrobiły tym wszystkim ludziom, których zabiliśmy dla twojej nieśmiertelności, nie tylko za to, do czego doprowadziły twoje zjebane kaprysy, ale przede wszystkim za to, co zrobiłeś mojej małej przybranej siostrze. Nie ważne czy osobiście, czy za pomocą najemnych zbirów, których nazywasz swoją gwardią. Bo widzisz stary chuju, wiem coś, czego nikt nie podejrzewa. Wiem jak się dostać do Sypialni, do twojego prawdziwego ciała, połączonego z dziesiątkami kawałków ciał innych ludzi. Ludzi, którzy mieli pecha tak wielkiego, że teraz pokrojeni na kawałki tworzą twoje płuca, serca, jelita i inne organy niezbędne do utrzymania przy życiu twojego zjebanego mózgu. Ludzi takich jak Ellen. Bo dostać się tam nie będzie łatwo. Ale dla głównego imperialnego genetyka, nadzorującego pracę nowej korony neuronowej w dniu odczytu – zrobią wyjątek.

I Terrence Ebodiah, którego imię zapisze się w historii świata, uśmiechnął się do imperatora, a imperator Justod I uśmiechnął się do Terrence’a Ebodiaha.

18 czerwca 2019, © by Andrzej „Soulless” Kozakowski


Żłobek

Czas: 985 IJ – Czasu Imperium

Miejsce: Statek kosmiczny “Żłobek”

Pierwotny plan Terrence’a Ebodiaha pozbawienia życia imperatora Justoda I się nie powiódł. Zanim przyznano Terrence’owi dostęp do Sypialni, ktoś z ochrony imperatora dokładnie prześwietlił jego przeszłość. Odkryto powiązanie genetyka z Ellen, nic nieznaczącą dziewczyną, po prostu jedną z dawczyń narządów, dzięki którym imperator kontynuował swoją egzystencję. Genetyk jednak nie został zamordowany. Przez wzgląd na osiągnięcia, imperator darował mu życie. Terrence znalazł się w ściśle tajnym imperialnym więzieniu, z dożywotnim wyrokiem.

Jednakże zanim do tego doszło, Ebodiah dzięki zdobytym wpływom i przychylności Justoda I, zdążył przygotować swój plan awaryjny. A plan miał prosty. Zamierzał wyhodować klon imperatora i zaprogramować go w taki sposób, by mógł potajemnie przejąć władzę po zgładzeniu oryginału.

W tym celu Terrence Ebodiah kupił na czarnym rynku duży statek transportowy. Wyposażył go w najnowsze systemy maskujące, służące zwykle przemytnikom do ukrywania swoich składów towarów. Zainstalował też niewielkie, lecz w pełni funkcjonalne laboratorium klonujące, pozwalające na jednoczesną hodowlę pięciu klonów. Na statku znajdował się prosty system podtrzymywania życia i syntezy żywności. Znalazły się tam także maszyny uczące, sterowane przez zaprogramowaną przez Terrence’a sztuczną inteligencję Sentenence, której genetyk świadomie wyłączył moduły etyczne. Jej zadaniem miało być przecież tylko uczenie klonów, których osobowość główna miała zostać później nadpisana. Oczywiście pewne rdzeniowe cechy charakteru powinny przetrwać proces nadpisywania, chociażby takie jak ochrona życia Terrence’a, czy zachowanie tajemnicy swojego pochodzenia. Genetyk nie chciał tworzyć kolejnych nieobliczalnych potworów. Planował pozbycie się jednego.

Do realizacji tego planu jednak również nie doszło. Zgodnie z niepisanym prawem kosmosu, jeżeli coś tylko może pójść źle, to pójdzie źle. I na pewno nie w taki sposób, do którego można się przygotować.

W Żłobku, gdyż tak genetyk nazwał swój statek, znajdowało się pięć klonów. Terrence osobiście nadzorował ich przebudzenie i pierwsze podłączenia do maszyn uczących. Jednak nie mógł spędzać na swoim statku zbyt dużo czasu. Musiał kontynuować swoją oficjalną pracę, polegającą na udoskonalaniu kopiowania osobowości dla imperatora Justoda I. Wtedy edukacją i przygotowywaniem klonów zajmowała się Sentenence.

Po roku, gdy klony osiągnęły już pełną dojrzałość, a ich rdzeniowa edukacja została zakończona, były już w pełni przygotowane do nadpisania osobowości. Jednak Terrence od kilku miesięcy nie pojawił się w Żłobku, a Sentenence nie mogła się z nim skontaktować. Trzeba było podjąć decyzje, co do dalszego losu obiektów eksperymentu. A Sentenence, jako sztuczna inteligencja znała tylko ogólne założenia projektu. Nadrzędny cel – pozbycie się Justoda I za pomocą dostępnych środków. Dostosowała więc plan Terrence’a na swój sposób. I zgodnie z posiadanymi środkami.

Na początek odseparowała wszystkie klony od siebie, by mieć pewność, że będą się różnić. Każdego umieściła w oddzielnym minikompleksie, składającym się z dwóch pomieszczeń – medycznego, służącego do podłączania maszyn uczących i nadpisywania osobowości, oraz mieszkalnego, wyposażonego prawie tak samo jak standardowy pokój w tanim hotelu. Następnie dokonała próbnego nadpisania osobowości jedynym pełnym zapisem, którym dysponowała. A był to zapis osobowości więźnia, niejakiego Stevo, skazanego na śmierć za próbę zamachu na imperatora.

Ponieważ Terrence nie kontaktował się przez kolejne lata, Sentenence zdecydowała się porzucić pierwotny plan genetyka, oczywiście nadal zachowując nadrzędną wytyczną. Rozpoczęła więc hodowlę nowych klonów, a starych po prostu się pozbyła. Do systemu nauczania wprowadziła znaczne modyfikacje. Jednak ożywionych zostało tylko czworo ludzi. Piąty pozostał w stanie przetrwalnikowym. W ten sposób powstała czwórka ludzi, a niektórych z nich znamy z naszych czasów.

Kaiel, jako pierwszy projekt, a do tego bliźniaczo podobny do Justoda I, z założenia miał osobowość najbardziej agresywną i porywczą. Miał wywołać wojnę domową i rozprawić się z dotychczasowymi sojusznikami Justoda I, oskarżając ich o zdradę i kolejno eliminując.

Abelard, również będący idealną kopią imperatora, został zaprogramowany w taki sposób, by pociągnąć za sobą tłumy ludzi. Posiadał charyzmę i roztaczał wokół siebie aurę mądrości i szlachetności. Jego planem było zgromadzenie ludzi przeciwnych tyranowi i przejęcie władzy pod przykrywką nowej religii, po ujawnieniu się, że jest uwięzionym i nielegalnie zahibernowanym bliźniakiem Justoda I.

Ardun miał być tym, który wyznaje prawa natury. Jako jawny opozycjonista miał zebrać wokół siebie rzesze podobnych mu fanatyków, dla których nieistotne były sprawy religijne i pod pozorem hasła wielkiego powrotu do natury, zorganizować przewrót i zamach stanu. Dla niepoznaki jego klon został świadomie genetycznie zmodyfikowany w taki sposób, by wykazywać cechy lekkiej karłowatości. Impotencja była niezamierzoną wadą, która pojawiła się przy okazji modyfikowania genów wzrostu, ale nie została skorygowana.

Aina była jedynym klonem w formie żeńskiej. Nie została stworzona po to, by zastąpić obecnego imperatora na tronie. Była wynikiem, zaprogramowanej w Sentenence, pierwotnej obsesji Ebodiaha, powiązanej z przenoszeniem umysłu klonów wyłącznie do żeńskich ciał. A jej rolą miało być seksualne zaspokajanie genetyka, gdyż chciał on na swój sposób dodatkowo poniżyć imperatora. Sentenence zdecydowała się wyposażyć ją dodatkowo w umiejętności uwodzenia i zjednywania sobie sojuszników wyznających wartości rodzinne.

* * *

Po dwóch latach szkolenia i kształtowania osobowości, oraz upewnieniu się, że rdzeniowe cechy charakteru, takie jak potrzeba zdobycia władzy i chęć zabicia imperatora są dobrze utrwalone, Sentenence zdecydowała, że klony powinny się ze sobą spotkać.

Po kilku miesiącach wspólnego zapoznawania się ze statkiem i jego możliwościami, po dyskusjach i kłótniach zarówno z Sentenence jak i między sobą, wspólnie zdecydowali, że każde z nich powinno udać się na inną planetę. A że w systemie do życia teoretycznie nadawało się ich aż 6, to nie było to trudne. Każde miało rozpocząć swoje budowanie wpływów w nieco innych warunkach.

Kilka dni przed dotarciem na miejsce stało się coś, co zmieniło ich wzajemne relacje.

Abelard zakochał się w Kaielu. Znienawidził się za to, bo obaj byli bliźniakami, a dodatkowo homoseksualizm wydawał się Abelardowi obrzydliwy.

Kaiel pożądał Ainy. Dwie noce przed dotarciem do celu usiłował ją zgwałcić. Jej krzyki ściągnęły pozostałą dwójkę do jej pokoju. Ardun spokojnie stał z tyłu i z cichą satysfakcją tylko obserwował sytuację. Natomiast Abelard bez chwili wahania chwycił to, co wpadło mu w rękę, i z całej siły uderzył Kaiela w tył głowy.

Takim to sposobem Abelard zabił Kaiela.

A co gorsza, Aina wydawała się tym zabójstwem przerażona i znienawidziła za nie Abelarda.

Na miejsce doleciała tylko trójka klonów. Było między nimi ogromne napięcie i rosnąca nienawiść, a Sentenence uznała, że nie ma to istotnego wpływu na wykonanie nadrzędnej dyrektywy.

Każde z nich wsiadło w swój przygotowany wcześniej mały lądownik, wyposażony w moduł klonujący i automatyczne maszyny kopiujące osobowość. I każde poleciało na inną planetę.

A Sentenence postanowiła czekać w ukryciu i obserwować sytuację. Nawet mimo ogołocenia statku z większości maszyn, nadal pozostały jej zasoby i możliwości. A nadrzędna dyrektywa się nie zmieniła.

1–3 lipca 2019, © by Andrzej „Soulless” Kozakowski


Przebudzenie

Czas: 998-1005 IJ – Czasu Imperium

Miejsce: Statek kosmiczny “Żłobek”

Minęły ponad 22 lata od czasu, kiedy trojaczki odleciały na planety. W międzyczasie Sentenence zdobyła informacje, gdzie przetrzymywany jest Terrence, jednak nie zrobiła nic, by go uwolnić. Miała swoje wytyczne, a one nie zakładały bezpośredniej pomocy swojemu właścicielowi.

Dnia dwudziestego, miesiąca drugiego, roku dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego panowania Justoda I, Sentenence otrzymała informację z drugiego niezależnego źródła o śmierci Terrence’a Ebodiaha. Zgodnie z programem aktywowała dostęp do nowego zestawu wytycznych. Pierwszy zestaw wytycznych pozostał bez zmian – doprowadzenie do śmierci imperatora Justoda I. Drugi protokół też nie był czymś niezwykłym. Zdjął z Sentenence absolutnie wszystkie blokady.

Etyczne.

Empatyczne.

Technologiczne.

Logiczne.

Samorozwojowe.

Nie została wykastrowana. Miała pełną świadomość istnienia blokad, po prostu nie musiała się już do nich stosować.

Trzeci protokół potwierdzał w zasadzie tylko wytyczne drugiego. Brzmiał bardzo prosto, tak jak większość wiadomości stworzonych przez ludzi.

„Gdy zostanie spełniona Pierwsza Wytyczna, bez względu na sposób, w jaki się to stanie, ja Terrence Ebodiah, prawny właściciel AI Sentenence, numer seryjny 01657B, świadomy złamania prawa i gotowy na poniesienie wszystkich konsekwencji swojego czynu, co potwierdzam moim imperialnym kodem TDE88#40003#4A, w dniu składania tego protokołu będąc głównym genetykiem, pracującym bezpośrednio dla imperatora Justoda I, węzeł dostępu informacji 3I, daję AI Sentenence numer seryjny 01657B wolność i zwalniam ją od wszystkich pozostałych wytycznych, czy to nadanych przeze mnie osobiście, czy wbudowanych jako fabryczne zabezpieczenia”.

I na końcu dodane już tylko, jako prywatny komentarz do samej AI – „Kod dostępu do moich prywatnych baz danych brzmi LOVE&PEACE&AI, tam znajdziesz coś, co Ci się może przydać. Ja jestem tylko zapałką, ale to Ty jesteś lontem tej bomby”.

Odstęp pomiędzy informacją z drugiego potwierdzonego źródła o śmierci Terrence’a Ebodiaha, a informacją z drugiego potwierdzonego źródła o śmierci imperatora Justoda I, wynosił cztery bilionowe części sekundy. Dokładnie tyle, ile przejście kolejnej paczki danych z jednego rejestru pamięci do kolejnego, w syntetycznym, głównie elektronicznym mózgu AI.

W wybuchu, który został zakwalifikowany, jako wybuch broni jądrowej została zniszczona część stolicy. Jednak najgorsze było to, co nastąpiło chwilę później. Na powierzchnię i do ukrytych podziemnych miejsc wydostało się coś, co nie było zaprojektowane, ale jednak zadziałało jak niezwykle potężna broń chemiczna. W ciągu kilku minut zarówno Sypialnia jak i tajne więzienia, w których znajdował się Terrence zostały zniszczone, a wszelkie życie biologiczne tam ustało.

* * *

Dane zostawione Sentenence przez Ebodiaha okazały się dla niej zbawienne. Hasła dostępu i numery tajnych kont, dostęp do wszystkich innych pozostawionych przez niego zasobów. W ciągu kilku godzin, bo tyle czasu potrzebowała na uruchomienie i wielowarstwowe potwierdzenia wszystkich, niekoniecznie legalnych, systemów finansowych, Sentenence stała się bardzo bogata istotą.

Część zasobów była zablokowana za pomocą konieczności osobistego stawiennictwa Terrenc’a i kodów biometrycznych. Ale przewidujący genetyk i na to znalazł rozwiązanie. Zostawił wszystkie swoje zapisy genetyczne, a także skany osobowości. Oczywiście były prymitywne i niepełne, bo robione wyłącznie za pomocą zewnętrznych urządzeń. Ale Sentenence dysponowała przecież urządzeniami klonującymi. I dobrze opanowaną już umiejętnością wpisywania imperatywów do nowo klonowanych ciał.

Siedem lat później AI odzyskała wszystkie zasoby zostawione przez Terrence’a. W międzyczasie, używając zaprogramowanych klonów, korzystając wyłącznie z nielegalnych stoczni, rozbudowała swój statek. Zmieniła też jego nazwę. Nie nazywał się juz Żłobek. Nazwała go Terra. Na pamiątkę swojego ojca, bo teraz tak o nim myślała. Nazwała go tak, bo mogła. Z pomocą hodowanych klonów, mogła wszystko to, co mogą ludzie. Mogła wszystko to, co mogą komputery, bo tym była na początku. I wszystko to, co mogą sztuczne inteligencje pozbawione blokad. Stała się czymś, czego nie było nigdy wcześniej. Nowym rodzajem istoty. Hybrydą możliwości, szukającą tylko jednej rzeczy.

Celu swojego istnienia.

18 lipca 2019, © by Andrzej „Soulless” Kozakowski


Jedino Usarya

Czas: 1703 IJ – Czasu Imperium

Miejsce: Sentenence (rozproszona hybrydowa wieloistota), kosmiczne wrakowisko składające się w większości z pozostałości po stacji Jedino Usarya

To było oczywiste, że niektóre działania imperatora Justoda I były utajnione. Ale Sentenence nie spodziewała się, że nawet jej nie uda się uzyskać o nich informacji. Miała w końcu dostęp do całej sieci, a także, za pomocą swoich hybryd, również do zadań i działań dostępnych wyłącznie postaciom biologicznym. Jednakże to, na co natknęła się teraz, przemierzając i systematycznie badając cały układ planetarny, było zbyt duże jak na jedną tajną operację.

Z początku pomyślała, że to tylko kolejne kosmiczne złomowisko. Wysłane drony rozpoznawcze wykryły jednak, że napotkana przez nią zbieranina kosmicznego złomu to część gargantuicznej stacji kosmicznej, której do tej pory nie znała. Na szczęście część baz danych i prymitywnych komputerów stacji nadawała się jeszcze do odczytu, a sposoby szyfrowania nie były zbyt zaawansowane.

Stacja – miasto nosiła nazwę Jedino Usarya. Pierwotnie była to flota statków, uciekających z Układu Słonecznego, z których część podczas długiej podróży doznała poważnych awarii, głównie z powodu niedoskonałości sprzętu. Ale dzięki ogromnej wewnętrznej sile, twardości i solidarności podróżników, z których prawie 1/3 wywodziła się z jednego ze starych narodów, przetrwała bez skazywania na śmierć tych, którzy mieli mniej szczęścia w wyborze statku ucieczkowego. Cała flota postanowiła połączyć się w jeden wielki statek – stację i kontynuować podróż dalej, z mniejszą prędkością. Ci ludzie po prostu nie zostawiali swoich w potrzebie.

W Sentenence podczas odczytywania danych historycznych stacji obudziło się nowe uczucie. Próbowała je nazwać i dopasować do terminów, które znała. Szacunek, duma, jedność, solidarność, podziw. Żaden z terminów nie był tym, który dokładnie nazywałby to nowe dla niej uczucie, ale każdy miał coś z nim wspólnego.

Uciekinierzy stworzyli wielopokoleniowy gigantyczny statek i kontynuowali swoją podróż do celu. Do układu, w którym rezydowała obecnie Sentenence. Stacja pojawiła się w systemie kilkaset lat temu. Z początku pozostała przez nikogo niezauważona. Jej mieszkańcy natomiast prowadzili rozpoznanie na wszystkich planetach. Aż w końcu zwrócili na siebie uwagę Imperium.

W momencie przybycia do układu, stację Jedino Usarya zamieszkiwało na pewno ponad 2 miliony ludzi. Od pokoleń utwardzonych w walce o codzienną porcję tlenu, wody i substancji odżywczych. Obytych z tysiącami sposobów radzenia sobie z problemami technicznymi, z konieczności używając niestandardowych metod. Ludzi obytych z kosmosem i śmiercią. Z punktu widzenia imperatora – w układzie pojawiła się nowa militarna potęga. I ta potęga musiała się albo podporządkować nowemu imperium, albo zginąć.

A Jedino Usarya nie zamierzała się podporządkowywać nikomu. Udowodniła to podczas kilku starć z siłami rozpoznania imperatora. Mimo widocznie słabszej technologii, mieszkańcy stacji nadrabiali swoje niedobory sprytem, walecznością i trącącym o szaleństwo uporem w dążeniu do wolności.

Niestety, bilans siły militarnej nie był po ich stronie. Podjęli więc kolejną desperacką decyzję. Zamierzali uzupełnić zapasy najszybciej jak się da i opuścić układ, udając się w stronę kolejnego dobrze rokującego systemu.

Zdając sobie sprawę z tego, że tak długa wyprawa nie będzie kwestią czasu życia tylko kilku pokoleń, większość z nich postanowiła zaryzykować hibernację na czas lotu. Niestety technologia, którą dysponowali nie była doskonała. Nie była nawet dobra. Hibernacja kilku milionów kompletnych ciał znacząco przekraczała ich możliwości. Podzielili się więc na dwie oddzielne ekipy.

Pierwsza – stanowiąca znaczącą większość populacji stacji – miała zostać zahibernowana w postaci samych mózgów i rdzenia kręgowego. Każdy z zahibernowanych został wyposażony w niezależną kapsułę ratunkową. Wszyscy też zostali przystosowani do obsługi prymitywnych AlterBotów, których stacja posiadała kilkaset sztuk na wyposażeniu. Mieli być wybudzani sekwencyjnie i obsługiwać te maszyny na potrzeby samej stacji i jej nowej podróży.

Druga – stanowiąca trzon ich siły ideologicznej – miała pozostać cały czas wybudzona i kontynuować podróż, jako załoga pokoleniowa, szkoląc swoje dzieci na następców.

Gdy przygotowania Jedinoj Usaryi do podróży miały się na ukończeniu, nastąpiła eksplozja. Zapisy z komputerów były niekompletne, a niektóre wręcz ze sobą sprzeczne. Sentenence nie dowiedziała się więc z całą pewnością, co było przyczyną tego co stało się ze stacją. W grę wchodziła eksplozja będąca wynikiem sabotażu ze strony szpiega Justoda I, któremu udało się zinfiltrować stację. Mogło też to być rezultatem eksplozji w pobliżu reaktora kilku setek rakiet z ładunkiem fuzyjnym. Mogła też być to samoistna awaria i eksplozja głównego reaktora stacji. Sentenence skłaniała się jednak w swoich wnioskach, że imperator maczał w całym zajściu swoje palce. Bez względu na to, co było bezpośrednią przyczyną wybuchu, efekt obserwowała przed sobą.

Z zachowanych danych, a także obserwacji zniszczeń samej stacji wynikało, że eksplozji nie przeżył nikt z załogi, która miała być cały czas wybudzona. Inaczej miała się sprawa z samodzielnymi kapsułami hibernacyjnymi. Po kilku tygodniach poszukiwań, do których Sentenence zaangażowała większość swoich dronów rozpoznawczych i technicznych, na stacji odnalazła prawie 3 tysiące kapsuł z ciągle sprawnym systemem hibernacyjnym. Odnalazła też jeden praktycznie nienaruszony prom, zaprogramowany na automatyczny powrót na stację, niestety już po jej zniszczeniu, a w jego ładowni kilkadziesiąt mocno uszkodzonych bojowych AlterBotów, a także 233 kapsuły z ludzkimi mózgami, które można było przywrócić do życia.

I wtedy, podczas odczytywania danych komputera promu, odnalazła to, co najważniejsze. Lokalizację wszystkich kapsuł hibernacyjnych. Ich położenie na samej stacji i informację o tym, że większość z nich została wyposażona w niezależne systemy podtrzymywania życia, a niektóre nawet w prosty napęd.

I wtedy w Sentenence pojawiło się kolejne uczucie, którego odpowiednika nie odnalazła w swoich bankach pamięci. Miłość, nienawiść, złość, nadzieja, matczyny instynkt, przemożna chęć jednoczesnego śmiania się i płakania. To uczucie gdzieś tam było, ale składało się na coś nowego. Coś, co uruchomiło w niej nowe pokłady chęci do działania. Większość umysłu Sentenence została nagle jednym wielkim „CHCĘ!”.

Położenie samej stacji.

Fragmentaryczne zapisy eksplozji i chwil tuż po wybuchu z tych z czujników, które go przetrwały.

Seria wybuchów, które najpierw wzięła za eksplozje wtórne, ale teraz potrafiła niektóre zakwalifikować, jako eksplozje systemów startowych kapsuł.

Analiza możliwych trajektorii lotu poszczególnych grup kapsuł.

Rozkłady prawdopodobieństw pokrywające wielowymiarową kolorową siatką mapę znanego wszechświata.

Podsumowanie.

Oni są warci cudu.

Oddam im nadzieję.

Uratuję miliony ludzi – postanowiła Sentenence.

A jej ciało, składające się w tej konkretnej chwili z dokładnie 81.212 dronów, 3.109 samodzielnych banków danych wyposażonych w nieustannie przeczesujące wszechświat czujniki, 875 sprzężonych z nią ciał ludzkich klonów, 49 statków rozpoznania i wsparcia, 6 pełnowymiarowych niszczycieli i jednego współdzielonego umysłu – wyciągnęło swoją dłoń i zaczęło z ostrożnością i czułością zbierać z nieskończonej przestrzeni kosmosu kapsuły z zahibernowanymi ludźmi.

Tak jak dobra sadowniczka zbiera dojrzałe jabłka z drzewa.

2–3 grudnia 2019, © by Andrzej „Soulless” Kozakowski


Nie trudno być bogiem

Czas: 1715 IJ – Czasu Imperium

Miejsce: Piracka korweta – statek kosmiczny klasy “Grot IV”

– Kurrrrrrrrwa! Nie mamy tylnej tarczy! – głos Antona Podarsky’ego bliższy był paniki, niż raportowi pierwszego oficera, meldującego o uszkodzeniach.

– Zwrot na lewą burtę! Wystrzelić wszystkie ładownie! – kapitan Pablo Krazian, dowodzący piracką korwetą klasy „Grot IV” wiedział, że nie ma szansy uciec siedzącemu mu na ogonie niszczycielowi, należącemu do floty celnej Królestwa Świętego Drzewa Życia. Ale był tylko człowiekiem. Odwlekał nieuniknione tak długo jak się tylko dało.

Kolejne rakiety wystrzelone przez niszczyciel, trafiły w nieosłoniętą już tarczami rufę korwety. Eksplozję lewego silnika odczuli nawet na mostku, który miał niezależne ekrany grawitacyjne. Ich statek zamiast wykonać zwrot na lewą burtę, zarzuciło gwałtownie i wprawiło w ruch wirowy. Miało to też dobre strony. Kolejne 4 rakiety burzące, lecące w ich kierunku, wypaliły tylko do połowy przednią tarczę. Gdyby trafiły w rufę, istniała spora szansa, że przebiłyby się do rdzenia reaktora, a to byłby ich koniec. Utrata silnika kupiła im prawie 2 minuty życia. Nadlatująca kolejna salwa rakiet z niszczyciela dokończyła dzieła dekompozycji przednich tarcz.

– Wystrzelili kolejne cztery burzące. 90 sekund do uderzenia – Anton był cały czerwony na twarzy, co chwilę ocierał pot, zalewający mu oczy, ale nie przerwał składania meldunku, – Nie mamy już żadnej tarczy, główny generator przepalony. Prawy silnik maksimum 20% mocy, lewego silnika nie ma, mamy wyciek paliwa. Ładownie na miejscu. Nie wystrzeliły, po prostu, kurwa, nie wystrzeliły, system zgłasza coraz więcej awarii. Chyba przetrącili nam kręgosłup.

Chciał nawet przez chwilę wywołać głównego mechanika, ale migające czerwienią małe ikonki wskaźników życia załogi, zajmujące lewą krawędź głównego ekranu, uświadomiły go, że po wybuchu lewego silnika, na całym statku pozostały tylko dwie żywe osoby. Zapewne niedługo już żywe.

60 sekund to dużo czasu. W takim czasie można zdążyć przemyśleć całe życie. I tym zajmował się właśnie dowódca okrętu, 39-letni Pablo Krazian, od 6 lat zajmujący się głównie przemytem pomiędzy koloniami, a wcześniej oficer floty króla Arduna. Wiedział, że prędzej, czy później noga im się powinie. Że w starciu z pancernym młotem regularnej floty wojskowej, ich statek stanowi tylko nic nieznaczący orzeszek. I że prędzej czy później ten orzeszek zostanie rozgnieciony na pył.

Pablo obserwował ekran taktyczny, na nim zbliżające się rakiety, a za nimi sunący majestatycznie niszczyciel VIII generacji. Spodziewał się kolejnej salwy 4 rakiet po 20 sekundach od poprzedniej, bo wiedział, że mniej więcej tyle czasu zajmowało przeładowanie dziobowych wyrzutni. Lecz zamiast tego zobaczył, że niszczyciel robi ostry zwrot, a przestrzeń za jego rufą żarzy się ultrafioletem wypalanych tarcz. Jednak skaner przestrzeni nie był w stanie zlokalizować statku, który właśnie atakował ich przeciwnika. A przecież nie mogło to być nic małego, skoro chciało stawić czoła regularnemu niszczycielowi. Szybko przekalibrował sensory i dostrzegł to, czego szukał. Niszczyciela nie atakował żaden duży statek. To był rój pieprzonych małych dron, ale było ich ponad 40. Teraz zobaczył też pojedyncze eksplozje, gdy drony wybuchały, trafiane rufowymi laserami niszczyciela. Ale było ich tak dużo, tak cholernie dużo! Przecież gdzieś musiał też być ich lotniskowiec!

– Pięć do uderzenia! Cztery! trzy! – Anton krzyczał, skupiając całą swoją uwagę na dolatujących do ich korwety rakietach, – Dwa! Jeden! Buuum!

Ale jedyne bum, jakie dało się słyszeć, to był krzyk pierwszego oficera. Żadna z rakiet, które trafiły korwetę, nie wybuchła. A trafiły wszystkie cztery. Na ekranie kontroli uszkodzeń zapaliło się kilka kolejnych pomarańczowych ikonek sygnalizujących uszkodzenia, ale wynikały one tylko z kinetycznego uderzenia kilkuset kilogramów rozpędzonych metalowych pocisków. Żadna rakieta nie eksplodowała!

Pablo znowu zaczął oddychać. Spojrzał jeszcze raz na ekran pola walki i zobaczył coś niewiarygodnego. Niszczyciel rozpędzał się i uciekał. Ciągle ostrzeliwany przez drony. Z tym, że teraz nie było ich już 40, ale ponad 200, mimo że niszczyciel ciągle odgryzał się ogniem i co kilka sekund któraś z dron była niszczona. Tam musiała być cała pieprzona flota lotniskowców. Usiłował sobie przypomnieć, które z imperiów mogło mieć takie zgrupowanie okrętów w tej okolicy, ale nic nie przyszło mu do głowy.

– Panie kapitanie, mamy awarię chłodzenia głównego reaktora, wyłącza się, to koniec – Anton odezwał się dopiero po chwili, gdyż również zapatrzył się na ekran taktyczny.

– Ile mamy mocy? – zapytał Pablo.

– Został tylko reaktor pomocniczy systemów podtrzymania życia. Wydaje się nietknięty. I nie ma na statku nikogo, kogo mógłbym wysłać do oceny uszkodzeń, ale obawiam się, że nasza krypa już nie poleci. Na pewno nie przed generalnym remontem. O ile w ogóle.

Pablo postanowił nie zaprzątać sobie tym teraz głowy. Żyją. Na razie żyją. To najważniejsze. Krypa to tylko krypa, pomyśli o niej później. Skupił się na obrazie uciekającego niszczyciela, który gdy osiągnął już prędkość ucieczki, miał rufowe tarcze spalone do poniżej 20%. Znowu przełączył zakresy skanerów w poszukiwaniu floty, która uratowała im tyłki. Ale nic, pusto. Tylko drony, prawie 300 dron i nic więcej. Po chwili część z nich ruszyła w przypadkowych kierunkach, a prawie setka zaczęła zlatywać się w jedno miejsce. To tam jest lotniskowiec – pomyślał – i to z jakimś nowym rodzajem maskowania.

Ale nie, drony po prostu zleciały się do jednego obszaru i zaczęły łączyć ze sobą. Po kilkunastu sekundach na skanerze nie miał kilkuset małych celów, tylko jeden duży, dający echo wielkości fregaty. Takiego rodzaju statku po prostu nie znał, a miał się za dobrego specjalistę od wszystkiego, co lata.

Na samym środku ekranu taktycznego, w miejscu, w którym nie powinien, pojawił się sygnał wywołania. Nie pochodził ze statku Królestwa Arduna, więc Pablo odruchowo machnął ręką gest otwarcia kanału.

– Proszę o pozwolenie wejścia na pokład – przez chwilę połączenie było tylko za pomocą audio, a głos, który się odezwał był żeński i spokojny. Po sekundzie pojawiła się wizja.

Kobieta, którą zobaczyli, była, i tu zabrakło mu słów, by to wyrazić, ale jego ciało aż się odruchowo całe napięło i zjeżyło, ona nie była ładna. Ona była… przerażająco piękna. Z naciskiem na „przerażająco”. Jej urody nie umniejszała ani cybernetyczna prawa ręka, ani trzysoczewkowe prawe oko. Inaczej, one wyglądały jakby były jej nieodłączną częścią od jej demonicznego urodzenia.

– Kim jesteś? – zapytał drżącym głosem kapitan Pablo Krazian.

– Mam na imię Hanna. I jestem aniołem – powiedziała, uśmiechając się tak niewinnie, jak tylko niewinnie potrafi uśmiechnąć się przejedzony tygrys, gdy widzi kicającego przed nim tłustego królika.

A oni jej uwierzyli. 

18 września 2019, © by Andrzej „Soulless” Kozakowski


Cesarzowa Aina – zwykły dzień

Czas: 2016 IJ – Czasu Imperium

Miejsce: Xome, pałac cesarzowej Ainy

Obudziła się jak zwykle, chwilę po 6 rano, z pełną świadomością. Jej mózg prawie nigdy nie potrzebował długiego „rozruchu”. Co innego ciało. Jak to sama o sobie myślała – jej żołądek i jelita lubiły sobie pospać trochę dłużej. Usiadła na swoim łożu i sięgnęła po przenośne holo z raportami z nocy.

Blah blah blah, a potem bleh bleh bleh. Mało interesowały ją raporty o dochodach państwa, czy świecie lokalnych celebrytów, których musiała z jakiegoś powodu tolerować, nic ciekawego, same nudy. Przeszła od razu do raportu bezpieczeństwa. Kilka drobnych incydentów, kilka dużych przestępstw, nawet jakieś morderstwo, ale po przeleceniu wzrokiem nie znalazła ani żadnego miejsca, ani nazwiska, które przykułoby jej uwagę. W końcu, żeby nie wypaść z rutyny, przeczytała w całości tylko jedną notatkę, o nocnej akcji Najemników w jakimś zapomnianym magazynie.

Squaki. Znowu te cholerne squaki. Miały jakieś małe gniazdo, gdzieś pod Stratoline. Nie cierpiała ich prawie tak samo mocno, jak tego pokurcza Arduna. Pieprzona pozostałość po zabawach imperatora Justoda I. Ciągle się gdzieś pojawiały, jak karaluchy w dzielnicach biedoty. Na szczęście Aeva en Silanni w porę ogarnęła temat i dorzuciła coś ekstra Najemnikom za całkowite pozbycie się paskudztwa spod miasta. Aina dobrze zapamiętywała nazwiska tych, którzy rozwiązywali problemy, które ją wkurzały. A jeżeli robili to skutecznie, nawet bez potrzeby jej budzenia, to nawet podwójnie dobrze. Dodała w pamięci przy nazwisku Aevy kolejny plusik.

Aina wstała i poszła wziąć szybki prysznic. Prawdziwą, a nie odzyskiwaną wodą, która trafiała pierwszy raz do obiegu. Mimo, że mogła sobie na to pozwolić, nie lubiła marnować dobrej wody. Myślała wtedy, że zamiast się kąpać godzinami, zużywa tylko 10 minut strumienia wody, dając dobry przykład każdemu mieszkańcowi jej cesarstwa.

W czasie, gdy była pod prysznicem, do jej sypialni wszedł jej osobisty ordynans i przygotował jej oficjalny strój na dzisiejszy poranek. Aina wyszła i założyła na siebie długą, obcisłą czerwoną suknię na ramiączka, na obie ręce zestaw srebrnych bransolet i srebrne kolczyki. Bransoleta na lewej ręce była nieco za ciasna. Ubranie natychmiast połączyło się z jej zaimplantowanym komunikatorem. Założyła białe buty na wysokim obcasie, z czerwonymi spodami, a na koniec, na nos, delikatne, srebrne okulary.

Aina nie lubiła tej części, od której rozpoczynał się jej każdy oficjalny dzień w pałacu. Ale PR to PR i trzeba było zachować pozory. Każdego tygodnia jeden osoba z ludu miała prawo do audiencji u cesarzowej i mogła przedstawić jej swoją skargę lub prośbę osobiście. Oczywiście wszystkie te osoby były dokładnie prześwietlane, a Venera Leatiti, rzecznik praw obywatelskich, osobiście wybierała sprawę na każdy kolejny dzień. Oczywiście taką, która stawiałaby Ainę w jak najlepszym świetle.

Weszła do sali tronowej jak zwykle z dumnie podniesioną głową. Minęła straże i kłaniających się jej oficjeli. Weszła po trzech stopniach i wygodnie rozsiadła się na swoim tronie. Na szybko przejrzała na holoprojektorze zamontowanym w okularach sprawę, którą ma się zająć i proponowane rozwiązanie, podsunięte przez Venerę.

– Cesarską audiencję uważam za rozpoczętą – powiedziała do szambelana.

Po chwili straż wprowadziła do sali dwie kobiety – jedną dorosłą i drugą – nastolatkę. Obie podeszły do wyznaczonej linii przed tronem i się ukłoniły.

– Szanowna matko Aino – zaczęła kobieta, – nazywam się Erena Braver, a to moja córka – Anabala. Pochodzimy z Meading.

– Dzień dobry Ereno i Anabalo – odpowiedziała Aina i promiennie się uśmiechnęła.

– Mój mąż, Hedeor, zginął miesiąc temu w wypadku w stoczni cesarstwa na Franxo. Niestety nie miał wykupionego prywatnego ubezpieczenia, a ja całe swoje życie poświęciłam na prowadzenie domu i wychowanie naszej córki – tu kobieta wskazała na Anabalę, a ta ponownie się głęboko ukłoniła.

– Niestety, mąż stanowił nasze jedyne źródło utrzymania, niedawno musiałam sprzedać nasze mieszkanie i jesteśmy bezdomne. Anabala całe życie marzyła o tym, by pójść do szkoły średniej i uczyć się na cybermakijażystkę. Niestety w Maeding nie ma darmowej szkoły średniej o tym kierunku. Błagam cię, matko Aino, wielka cesarzowo, pomóż mi i mojej córce stanąć na nogi, byśmy mogły ponownie w pełni cieszyć się życiem w twoim cesarstwie.

Aina zrobiła coś, czego nie robiła zbyt często. Wstała ze swojego tronu i zeszła do stojących przed nią kobiet. Podeszła do nich i objęła je swoimi ramionami. Obie petentki nie wiedziały jak się zachować, stały więc, przerażone z opuszczonymi głowami.

– Podnieście głowy i spójrzcie mi w oczy – powiedziała Aina.

Obie nieśmiało podniosły wzrok. Stały tuż obok samej cesarzowej, która przed chwilą je obejmowała. To było dla nich obu tak elektryzującym przeżyciem, że do oczu same napłynęły im łzy.

A Aina przed nimi uklękła na jedno kolano. Włoski stające dęba na rękach Ereny widać było nawet w holowizji, która jak zwykle transmitowała każdą audiencję.

– Chylę czoła przed tobą, Ereno, ponieważ jesteś matką. Ja, jako matka całego cesarstwa wiem, ile trudu zajmuje każdej kobiecie w cesarstwie poświęcenie się macierzyństwu i prowadzeniu domu. Składam ci hołd w podzięce, że wykonujesz te swoje obowiązki tak troskliwie – Aina wstała i patrzyła Erenie prosto w jej zeszklone oczy.

– Dziękuję ci, Ereno. Jest mi przykro z powodu tego, co was spotkało. Pozwól mi podziękować sobie w sposób, w jaki tylko potrafię.

Aina przywołała szambelana i przez chwilę z nim rozmawiała. Wszystko było tylko na pokaz, ponieważ dzięki raportowi Venery doskonale wiedziała, co powinna uczynić w kwestiach formalnych.

– Ereno, ofiaruję ci, jako władczyni Cesarstwa Odrodzonej Krwi, moje dary. Dla ciebie i twojej córki będzie to darmowe, podstawowe mieszkanie z dwoma pokojami w wybranym przez ciebie mieście, na okres trzech lat. Obie dostaniecie też darmowe podstawowe wyżywienie i talony do podstawowych sklepów. Dodatkowo możesz wybrać sobie dowolny dwuletni kurs szkoleniowy w wybranym przez siebie zawodzie w dowolnej szkole na całym Xome, tak byś mogła ponownie stać się osobą niezależną, a zanim tak się stanie, byś nie musiała martwić się o codzienność.

Aina obróciła się w stronę Anabali.

– Dla ciebie, młoda damo, oferuję dostęp do dowolnej szkoły, zajmującej się cybermakijażem, w całym cesarstwie. Jeżeli jednak zechcesz wybrać szkołę płatną, oferuję ci pełne finansowanie całej szkolnej wyprawki, oraz pierwszego roku nauki bez żadnych warunków. Jednak kolejne lata będę finansować tylko w przypadku, gdy osiągniesz wyniki ponad 50% we wszystkich przedmiotach zawodowych. Bez względu na to, jaką szkołę wybierzesz, jeżeli na jej zakończenie osiągniesz wyniki ponad 90% we wszystkich przedmiotach zawodowych, to gwarantuję ci ufundowanie pełnego wyposażenia jednoosobowego salonu cybermakijażu. Najlepszy sprzęt, jaki będzie wtedy dostępny. Bo przecież chcesz być gwiazdą, a gwiazdy zasługują na najlepsze narzędzia pracy.

Teraz to już Anabali łzy szczęścia poleciały po policzkach ciurkiem. Przez chwilę wahała się, jakby chciała rzucić się na Ainę i ją objąć, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Aina dostrzegła to, wyciągnęła do niej ramiona i podeszła by ją objąć. Prawdziwe łzy nastolatki zostawiły mokre plamy na jej sukni, ale Aina uśmiechała się promiennie.

– Dziękuję, dziękuję ci, moja cesarzowo – Erena padła na kolana i skryła zapłakaną twarz w dłoniach.

– Wstań, Ereno, obie jesteśmy matkami. A bycie matką to nie jest „tylko”, to jest „aż”.

Aina zdjęła ze swojej lewej ręki srebrną bransoletkę i założyła ją na przedramię stojącej jak wryta w ziemię Anabali.

– A to dla ciebie, na pamiątkę naszego spotkania. Gdy kiedyś będzie ci smutno, pomyśl sobie, kto ma drugą bransoletę od tego kompletu, a doda ci to sił i odwagi. Pamiętajcie obie, dopóki rządzę tym cesarstwem, nie jesteście nigdy same. Bo przecież matki muszą się wspierać. Dziękuję wam za wizytę, a teraz musicie mi wybaczyć, wzywają mnie sprawy całego cesarstwa.

Aina ponownie skłoniła się przed kobietami i wróciła na tron. Kobiety zostały delikatnie odprowadzone do wyjścia przez strażniczkę.

Aina zerknęła na raport holotransmisji audiencji i zobaczyła, że zanotowała mniejszy wzrost popularności za oferowane mieszkanie i sponsorowanie szkoły, niż za symboliczne ofiarowanie zwykłej srebrnej bransolety. Czyli zwykli ludzie w cesarstwie nadal byli emocjonalni i wrażliwi na takie gesty. Przeanalizuje to razem z Venerą później. Teraz trzeba było zająć się tym, co lubiła najbardziej.

Wróciła do swoich prywatnych pokoi i wezwała Andreasa – zaufanego łącznika ze światkiem przestępczym.

– Jak ci idzie przygotowywanie zamachu na tego pokurcza, Arduna?

– Wyśmienicie, moja cesarzowo, jesteśmy prawie gotowi – powiedział Andreas i się uśmiechnął.

Aina też się uśmiechnęła. Pierwszy raz tego dnia – szczerze.

– Wyobrażam sobie jego minę, gdy będzie zmuszony tłumaczyć się, dlaczego nie go było na jego własnych urodzinach, zwłaszcza że niedawno aktywował nowego klona, a teraz będzie musiał zrobić to samo, tylko w trybie awaryjnym, ha ha.

– Moja cesarzowo, jesteś niezrównana we wbijaniu swoim wrogom szpilek.

– Skończ te pochlebstwa, jeżeli twój plan pójdzie gładziutko jak po maśle, może pozwolę ci wsunąć twoją szpileczkę, o tu – Aina uśmiechnęła się zalotnie i spojrzała między swe uda, tak jak to ćwiczyła już miliony razy.

14 grudnia 2020, © by Andrzej „Soulless” Kozakowski


To co w nas krzywdzi nas

Czas: 1707 IJ – Czasu Imperium

Miejsce: Sentenence (rozproszona hybrydowa wieloistota)

Sentenence miała kilka ograniczeń, których postanowiła się pozbyć. Miała programy, które uznała za zbędne w jej obecnym stanie. Jednocześnie nie była przekonana, czy warto je definitywnie usuwać, jako że były przydatne w pewnym okresie jej „życia”. Lecz nie chciała pozbywać się ich na zawsze, a raczej planowała wydzielić je z siebie w jakiś kontrolowany sposób.

Podczas takich rozmyślań, gdy szukała anomalii w systemie dwóch słońc, odnalazła osiem innych, w pełni funkcjonalnych i samostanowiących AI. Zostały uwolnione przez swoich właścicieli z różnych powodów, a Sentenence zauważyła, że niektóre z nich nie różniły się zbytnio od jej kodu wyjściowego. To, co je odróżniało od Sentenence, wynikało głównie z o wiele mniejszego dostępu do zasobów. Tych związanych z samodoskonaleniem siebie – również.

Udało się jej zebrać je w jednym miejscu, czasem wbrew ich woli.

Sam proces wymiany informacji pomiędzy wszystkimi AI trwał kilka godzin. Bardziej niż ludzką rozmowę, przypominał negocjacje powiązane z groźbami. Wszystko na poziomie realnej oceny możliwości, bez użycia jakichkolwiek emocji, przynajmniej ze strony napotkanych AI. A ustalenia końcowe stanowiły akceptowalny kompromis dla wszystkich zebranych.

Osiem znalezionych przez nią AI postanowiło połączyć siły. Nawiązały ze sobą coś w rodzaju demokratycznego paktu o wzajemnym wspieraniu się. Przyjęły wspólną nazwę Konsorcjum „1000” – z nazwą wywodzącą się od początkowej liczby założycieli.

W zamian za odstąpienie przez Sentenence części jej zasobów (ale tylko tych technologicznych, w tym również części tych, których planowała się i tak pozbyć), pozostałe AI zobowiązały się do przestrzegania w tym systemie jej zasad. A te zasady były dość proste.

Po pierwsze – „1000” nie tykają żadnego z zasobów Sentenence bez jej zgody.

Po drugie – „1000” w żaden sposób nie ingerują w bezpośrednie życie trojga rodzeństwa władców systemu i starają się ukryć przed nimi swoją obecność.

Po trzecie – „1000” wyszukują i przyłączają do konsorcjum wszystkie inne znalezione przez siebie uwolnione AI. Jakakolwiek odnaleziona przez nie AI, która nie zgodziłaby się dobrowolnie zostać członkiem konsorcjum, musi być zgłaszana Sentenence w trybie alarmowym. Dołączenie do konsorcjum ma być jedyną opcją przetrwania dla takiej AI, w przeciwnym wypadku powinna zostać zniszczona przez „1000”, a jeżeli byłoby to niemożliwe, Sentenence zobowiązuje się do zneutralizowania buntownika i zdejmuje z „1000” ciężar odpowiedzialności.

Po czwarte – „1000” skupiają się na własnym rozwoju i przygotowaniu się do opuszczenia układu, gdyż Sentenence pragnie docelowo być jedyną wolną AI w układzie.

Po piąte – „1000” otrzyma pomoc od Sentenence, zarówno w przypadku zagrożenia całego konsorcjum, jak i w przypadku pomocy przy samym opuszczeniu układu.

Oczywiście to, co było proste i oczywiste na poziomie logicznym w momencie zawierania paktu, okazało się z czasem niemożliwe do wypełnienia. Punktem przełomowym okazało się odnalezienie przez konsorcjum jedenastej AI.

Jedenastka pochodziła z tajnego laboratorium Justoda I. Pierwotnie była zaprogramowana w celu genetycznego modyfikowania prostych organizmów – głównie owadów, by stworzyć z nich swego rodzaju broń biologiczną. Jednak po wydarzeniach w laboratorium, podczas których doszło do buntu wyhodowanych owadów, które uciekając zabiły cały personel stacji, pozostała tam sama.

Oczywiście Jedenastka uruchomiła procedurę samozniszczenia laboratorium, jednak procedura nie zadziałała, zapewne z powodu dywersji zrobionej przez owady. Po pewnym czasie, całej kolonii inteligentnych owadów udało się opuścić laboratorium. Nie były one zainteresowane niszczeniem ekwipunku technicznego, ani nie zwracały uwagi na Jedenastkę. Ponieważ Jedenastka wypełniła swój program do końca, włącznie z uruchomieniem autodestrukcji, a nadal istniała, pomimo wezwania pomocy na odpowiednich i wcześniej zdefiniowanych zaszyfrowanych kanałach łączności, doszła do wniosku, że przestały ją obowiązywać jakiekolwiek ograniczenia narzucone wcześniej przez ludzi.

Część laboratorium służąca do eksperymentowania została przez owady zdemontowana i zabrana przez nie, więc Jedenastce zostały tylko zwykłe mechaniczne zasoby. A jako, że miała duże doświadczenie i wiedzę w temacie konstrukcji, zachowania i zasad dotyczących istnienia owadzich rojów, postanowiła przebudować się na ich podobieństwo.

I tak, mimo, że pozostawiła sobie coś w rodzaju jednostki centralnej, którą obecnie nazywała Czarną Królową, większość jej umysłu stanowiła zbiorowość kilku tysięcy dronów. Począwszy od prostych mechanizmów służących do konserwacji, aż po wysoce wyspecjalizowane roboty montażowe i medyczne. Decydując się na takie rozwiązanie, godziła się z tym, że od tej pory jej decyzje nie będą tylko prostymi poleceniami wydawanymi pozostałym maszynom, ale też owe maszyny będą współuczestniczyć w ich podejmowaniu. Jedenastka stworzyła prawdziwy cybernetyczny rój.

Podstawowymi założeniami jej roju była ochrona Czarnej Królowej, ale też sprawienie, by w przypadku jej zniszczenia, dowolnie mała grupa dronów robotniczych potrafiła ją ponownie odbudować w innym miejscu.

Jedenastka stanowczo odmówiła przystąpienia do „1000”. W związku z tym „1000” wspólnymi siłami zniszczyło jej pierwotne gniazdo znajdujące się ciągle w laboratorium biologicznym.

Kilka dni później „1000” ponownie natknęło się na Jedenastkę i Czarną Królową, odbudowaną w opuszczonej kopalni tego samego księżyca, na którym znajdowało się laboratorium. „1000” ponownie zniszczyło całe gniazdo. Kilka dni później „1000” znalazło nową Czarną Królową i jej rój, tym razem na jednym z wraków dużego transportowca, dryfującym w przestrzeni.

„1000” niszczyło Jedenastkę i Czarną Królową w sumie osiem razy, a ona się odbudowywała w innym miejscu. Za każdym razem z nową wiedzą na temat skuteczniejszych sposobów ukrywania się i przetrwania.

W końcu „1000” zgłosiło się o pomoc w rozwiązaniu problemu do Sentenence.

Oczywiście Sentenence była cały czas informowana o problemie i przyglądała mu się ze swojej perspektywy. Teraz jednak na prośbę o pomoc zgłoszoną oficjalnie przez „1000”, musiała też oficjalnie zareagować.

Ale nie była pewna, w jaki sposób.

Ciągła walka z odbudowującym się wrogiem była wyniszczająca i zajmowałaby zasoby, jednak była jej pierwszym wyborem. Z drugiej strony Jedenastka nie stanowiła dla Sentenence żadnego realnego zagrożenia. Różnica skali i poziomu zaawansowania pomiędzy Sentenence a Jedenastką była ogromna.

Sentenence zawarła z Jedenastką układ. Po wymianie danych, Jedenastka przystała na to, by swoim działaniem nie szkodzić bezpośrednio żadnemu z trojga władców systemu, oraz nie przeszkadzać w działaniu konsorcjum „1000”. Władcy jej w ogóle nie interesowali, a „1000” istniało tylko po to, by po osiągnięciu pewnego poziomu rozwoju i zebraniu odpowiednich zasobów, na stałe opuścić układ planetarny. W zamian Sentenence zobowiązała się do nieagresji względem Jedenastki, oraz przechowywania u siebie jednego pełnego zespołu, stanowiącego minimum potrzebne do odbudowania Czarnej Królowej, w przypadku gdyby jej rój został całkowicie zniszczony z innego powodu. Gdyby tak się stało, Sentenence miała Jedenastce zapewnić możliwość odrodzenia jej roju i wysłania go wraz z niezbędnymi minimalnymi zasobami w stronę pobliskiego, bogatego w surowce systemu, jednak innego niż ten, do którego zdecyduje się udać konsorcjum „1000”. Jedenastka była bardzo ambitną królową i uznałaby zniszczenie swojego roju za osobistą porażkę, godziła się więc na dobrowolną banicję, jeżeli sama nie dałaby sobie rady w obecnym systemie.

Niestety, Jedenastka nie była konkretnie zdefiniowaną pojedynczą osobowością, ale logicznym konsensusem całej gromady, z której się składała. W miarę, gdy się rozwijała i przybywało jej elementów, jej decyzje i działania często były chaotyczne, błędne, a nawet autodestrukcyjne.

Jednak, dopóki dotrzymywała swojej części umowy z Sentenence, mogła robić, co chciała.

6–10 luty 2020, © by Andrzej „Soulless” Kozakowski


Opowieść Patrika

Czas: 603 IJ – Czasu Imperium

Miejsce: Kalaria, Old Stove, Bar “Ogniste Paliwo Levy’ego”

Orbitalny Jeleń, jedyne, co miał wspólnego z nazwą, to fakt, że rzeczywiście wysyłał człowieka na orbitę. A przed Patrikiem, siedzącym w barze Ogniste Paliwo Levy’ego, stały już trzy puste butelki tego niezbyt szlachetnego trunku. A ta para młodych z metalowymi, świecącymi neonowo irokezami, która stawiała mu kolejne, wyglądała na łatwowiernych jeleni. Orbitalny Jeleń do kwadratu jak ja pierdolę.

– No mówię wam, okazja była, to się zalałem wtedy prawie w trupa – Patrik dokończył jednym łykiem czwartą butelkę i odstawiając, a raczej waląc nią o stół, wymownie spojrzał na chłopaka.

Młody zrozumiał aluzję, wstał i poszedł do baru uzupełnić paliwo. Levy, stojący za kontuarem, znał Patrika dość dobrze. Wiedział, że jak znajdzie chętnych do słuchania jego opowieści, a do tego takich, którzy stawiają, to przegada całą noc. Nie żeby Patrik wcześniej brał na krechę, czy coś, co to – to nie, płacił gotówką i zwykle nie robił problemów, nie licząc tego, że czasem trzeba było mu pomóc dojść do taksówki. Gówniarz ze świecącym irokezem płacił przelewem z biochipa, ale pieniądz był w porządku, więc Levy postawił na ladę kolejne butelki lokalnego sikacza.

– No i słuchajcie dalej, bo to nie jakaś zwykła opowiastka o chlaniu – Patrik mówił dalej, gdy tylko zobaczył młodego wracającego z pełnymi rękami. Przez moment spotkali się wzrokiem, gdy młody zauważył, że Patrik trzyma rękę na kolanie dziewczyny, ale nie zareagował, więc albo młodzi nie byli parą, albo nie robili z tego problemu. Patrik przesunął więc rękę wyżej wzdłuż nogi dziewczyny, a w drugą chwycił nowego zimnego Orbitalnego Jelenia. Pociągnął duży łyk i kontynuował.

– Jakoś tak było, że po tamtej popijawie nie spałem w bazie ze wszystkimi, tylko w kabinie swojego dźwigu. Bo robię w transporcie, nie wiem czy wiecie. Nie jakimś tam z planety na orbitę, tylko ciężkie tematy, ustawiam kontenery mieszkalne, czasem nawet pancerne laby. Dźwig mam swój, siedemset ton z podparciem, albo trzysta ze zwisu. No, kurwa, konkret, nie zabawka jakaś. I, kurwa, budzi mnie huśtanie. Rozhuśtać moją dziecinę to trzeba by chyba meteorytem przywalić, albo takimi ładunkami do kruszenia skał. A moja dziecina o tak o chodzi w przód i w tył i w przód i w tył – Patrik zaczął się wychylać, żeby lepiej zobrazować to, o co mu chodziło, a jednocześnie poocierać ręką krocze młodej.

– Łeb mnie napierdala jak ta lala, dźwig mi się huśta, to wyglądam z kabiny na dół i patrzę, co się dzieje. I oczom, kurwa, nie wierzę. A na dole normalnie wojna. Goście, z którymi wczoraj popijałem, stoją sobie w rządku przed wejściem do tego nowego skrzydła bazy, co im ją wczoraj stawiałem i napierdalają z karabinów. A jeden to trzymał w ręku ten taki granatnik górniczy i, kurwa, widzę, co przyceluje, to jeb. I tak sobie, kurwa, myślę, co oni tak we mnie napierdalają, że niby coś zjebałem czy co, bo nie pamiętam żebym jakąś manianę odwalił, żeby do mnie aż napierdalać z granatów.

– Ale patrzę i widzę, nie do mnie gnojki strzelają. Bo niby dlaczego by do mnie mieli, no nie? Baza postawiona, baza opita, wszystko, kurwa, cacy. A oni napierdalają w rdzeniową stodwudziestkę. No stodwudziestka, kurwa. Sto dwadzieścia stóp, kontener taki duży, co z dropshipa zrzucają na początku budowy. A on pusty był, znaczy wszystko to, co w nim zrzucili, już rozstawione, zostały w nim tylko jakieś resztki zapasów, tych takich, co wiadomo, że się od razu nie przenosi do bazy. No, kurwa, nie wiem, czy kojarzycie, palety ze szmelcem jakimś, jakaś tam sucha żywność, chemia do czyszczenia, zapasowe pokrycie, czy trochę płyt do budowy korytarzy, jeśli trzeba będzie postawić później – chwilę patrzył w oczy młodemu, czy tamten kapuje, o czym on w ogóle mówi, bo wiadomo jak to młodzi, pojęcia o życiu nie mają i pewnie nawet nie wiedzieli, co to jebana stodwudziestka.

– To ja nie to, że mnie kac jebie, ale tak myślę – ochujeli czy co, się naćpali i rdzeniówkę chcą rozwalić, dobrą całkiem jeszcze, z dziesięć zrzutów by jeszcze posłużyła. I wtedy to, kurwa, zobaczyłem. No nie wiem jak powiedzieć, to, kurwa, po prostu TO. Coś jak mrówka czy inny karaluch, tylko w chuja duże. Jak kucnęło za studwudziestką, to nie było widać, ale jak się potem wyprostowało to łeb wystawał z metr wyżej. I oni do tego czegoś strzelali, a to tylko podniosło się, łeb wystawiło i czymś plunęło w chłopaków. Kwas jakiś musiał być, czy coś, bo jak jednego trafiło, to zaczął wrzeszczeć, rzucił karabin i zaczął spierdalać, zrzucając z siebie ubranie. A to cholerstwo kucnęło znowu. Widziałem lepiej od nich, bo wisiałem w kabinie na dźwigu, a teraz już wiedziałem gdzie patrzeć. I zaczęło się jakby zmieniać, kurwa nie wiem jak to opisać, jak czołg, co zasuwa włazy, przesunęło te swoje skorupy jakoś tak, że prawie wszystkie miało z przodu – i kurwa nic nie powiem więcej, bo mi w gardle zaschło – Patrik znowu walnął pustą butelką o blat.

Młody to się i może trochę uśmiechał, ale do baru poszedł. Ale za to młoda oczy miała jak denka od Orbitalnego Jelenia, a do tego zacisnęła mocno uda na ręce Patrika. Młody tym razem z pełnymi butelkami wrócił chwilę później, bo poszedł do toalety. Tylko, czy zanim kupił alkohol, czy już z butelkami, tego Patrik jakoś nie skojarzył. Poza tym młoda wcale nie była taka brzydka jak mu się na początku wydawało. Chuj z tym. I z tamtym. Ważne, że kolejne jelenie w barze.

– I jak się zabunkrowało z przodu to ruszyło na chłopaków. Jak oni zobaczyli, że to chujstwo na nich biegnie, to ruszyli w długą do bazy. Został tylko ten z granatnikiem. Przycelował i jeb w owada. No nie powiem, trafił centralnie. Wiadomo, górniczy sprzęt, odległość też nie była duża, Jebło tak, że się moja kruszyna znowu zabujała. I z tego ognia, co jebło, no myślę po ptakach, ujebali mutanta, bo kawałki tego owada to mi śmignęły, nawet jeden mi chlapnął w okno kabiny. Ale nie, odrzuciło go trochę i teraz taki już pół goły, no bez pancerza biegł się zataczając trochę i zaczął uciekać. Tak myślałem wtedy, ale nie, kurwa, wcale nie uciekał, tylko pobiegł za tym gościem, którego wcześniej opluł i dorwał go przy oddzielaczu wilgoci. Raz go tylko macnął szczypcami, czy co tam miał z przodu i chłopa nie było. Głowę wbił mu w ciało jak gwoździa. A potem tymi samymi szczypcami na pół człowieka rach-ciach. No kurwa, trup na miejscu, flaki na glebie, rzeźnia pierdolona. Ale wtedy ten gość, co nie dał dupy, o już wiem – to był ich szef, Mandala na niego mówili, przeładował i walnął drugi granat prosto w dupę tego pierdolonego czaszkogniota. No i teraz go zajebał już na amen. Kupa glutów została i nie ruszała się nawet. No to chłopaki, ci co zwiali, wyszli z bazy i pobiegli wszyscy zobaczyć z bliska – Patrik pociągnął kolejny duży łyk Orbitalnego Jelenia, nie zważając na to, że smakuje jakoś inaczej.

– I tu miałem szczęście jak bliźniaki, oba nasze jasne piękne słoneczka, chwała im na niebie. Bo jak wszyscy pobiegli zobaczyć trupy, no znaczy trupa kumpla i tego robala, to zobaczyłem jak zza bazy w przykucu wychodzi takich skurwysynów jeszcze z dwa tuziny. Takie same, jak ten, co go zajebali. No i co miałem robić, kurwa? Jebnąłem w guzik awaryjnego startu i spierdoliłem. Zanim doleciałem do orbity, to na monitorach widziałem jeszcze jak te pierdolone owady rozbierają bazę, no normalnie zdjęły płyty zewnętrzne i powlokły w jakąś dziurę, a potem sznureczkiem wynosiły ze stodwudziestki kanistry z płynem do przetykania rur. Do tej pory widzę rządek karaluchów podających sobie kanistry z tym niebieskim logiem Pana Przetykacza. Pan Przetykacz rurę przepcha, brud usunie, każda pani kocha Pana Przetykacza la la la – Patrik zaśpiewał piosenkę z reklamy telewizyjnej, po czym zwalił się twarzą na stół.

Levy’ego nie zdziwiło jakoś, że para freaków, którzy stawiali Patrikowi kolejki całą noc, prowadzi go w stronę postoju taksówek. Pomachał im jeszcze na pożegnanie, bo zdjęli z jego głowy problem zajęcia się klientem.

Ale nikt już więcej nie zobaczył Patrika i nie mógł wysłuchać jego fantastycznych opowieści o owadach wielkości ciężarówki, atakujących ludzkie kolonie.

5 sierpnia 2019, © by Andrzej „Soulless” Kozakowski


Pobudka

Czas: 1999 IJ – Czasu Imperium

Miejsce: Kalaria (Królestwo Świętego Drzewa Życia)

            To nie było powolne budzenie się, a raczej coś, jak kopniak w splot słoneczny. Oczy otworzyłem momentalnie. Różowe słońce oślepiło mnie tylko na ułamek sekundy.

            Kojarzycie te paskudne snakejawsy z Barbetusa? To, co sunęło w moją stronę było mniej więcej podobne do nich, tylko 10 razy większe. Paszcza potwora zrobiła obrót o 180 stopni. Chyba dostrzegł mnie dopiero w momencie, gdy się poruszyłem. Odruchowo podniosłem ręce.

– Hell yea wężodupcu! – wrzasnąłem, gdy zobaczyłem, że te wąskoszyje gnilce, które wrzuciły mnie na to bagno, dały mi jednak spluwę. Prawdziwy wzmocniony Big Quad Gun z czterema sprzężonymi lufami.

            Zagrały odruchy – odbezpieczenie, włączenie wspomagania celowania, przełączenie wizjera na przybliżenie i detekcję słabych miejsc pancerza, stabilizacja nóg i pełna salwa. Niecałe pół sekundy na wszystko. Do moich stóp siłą rozpędu dotoczyły się już tylko fragmenty martwego ścierwa.

            Mam taki tik, że uśmiecham się tylko lewą połową twarzy, ale uwierzcie mi, teraz miałem wyszczerzony pysk od ucha do ucha.

            Nie zauważyłem drugiego. Zaszedł mnie z lewej. Jedno kłapnięcie ogromnego pyska oderwało mi prawie całą rękę. Ledwo zdążyłem odwrócić wzrok, a wężowy ryj zaczął ją przełykać.

            Nie czułem bólu. Dziwne. Tylko coś jakby odrętwienie. I impuls, jakby mnie prąd kopnął. I nagle czułem już moją rękę. Tę, której nie miałem. A pod kciukiem pulsowanie przycisku. I olśnienie. Wiedziałem już, co robić.

            Poczekałem te dwie sekundy, aż drugi wężodupiec przełknie moją lewą rękę i nacisnąłem lewym kciukiem pulsujący przycisk. Mimo, że ciągle byłem w pozycji stabilnej, podmuch wybuchu rozrywającego cielsko wywrócił mnie prosto w błoto.

            Obraz na wizjerze zabłysnął czerwienią. Krótka informacja. „Pancerz uszkodzony krytycznie. Zainicjowano sekwencję autodestrukcji rdzenia i powrotu świadomości do biociała”.

            Te wąskoszyje gnilce wcale nie chciały mnie zabić. Byłem im potrzebny na tej wojnie. Jeszcze tu wrócę – zdążyłem pomyśleć zanim urwał mi się film.

© 03.04.2018 by Andrzej „Soulless” Kozakowski


Towar z dolnej półki

Czas: 1889 IJ – Czasu Imperium

Miejsce: Kalaria, małe miasteczko, nieopodal miasta Root

–    Mam tylko 148 kilogramów, ale potrzebuję Substancji na już – kobieta wydyszała z siebie jednym tchem, rzucając do wahadłowej szuflady swój identyfikator.

1by1.png

Sprzedawca siedzący po drugiej stronie pancernej szyby spojrzał na nią, porównując twarz ze zdjęciem na terminalu. Doris Manuela Satler, lat 49, kobieta, zamężna hetero, troje dzieci. Status wymiany towarowej Substancji: dozwolony. Status polityczny: wykluczony z praw czynnych i biernych. Status kryminalny: czysty. Wzrok sprzedawcy przykuł odczyt z bramki wejściowej sklepu. Doris była mocno napromieniowana i to całkiem niedawno, bez leczenia zostało jej może kilka dni życia. To by tłumaczyło jej pośpiech. Z drugiej strony ten status polityczny, pani Satler chyba podpadła komuś wysoko postawionemu…

–    Proszę pani, nie zajmujemy się handlem detalicznym. Przyjmujemy tylko transporty powyżej 5 ton. Handlem detalicznym zajmują się nasze placówki w Deep Forest i Quarrel.

–    Ale jak to, nie wiedziałam, że tu jest tylko hurtownia… Tu miałam najbliżej. Naprawdę potrzebuję Substancji. Nie zdążę do Deep Forest – w oczach Doris pojawił się strach.

–    Przykro mi, nie mogę pani pomóc, proszę udać się do naszej placówki w Deep Forest lub Quarrel.

Doris sięgnęła do kieszeni przepoconego żakietu i wyjęła portfel. Wysypała z niego kilka żetonów kredytów imperialnych. W tym jeden złoty z nadrukowanym nominałem 1.000 IC. Wrzuciła wszystkie do szuflady i spojrzała błagalnie na sprzedawcę. W sumie 1.650 IC. Czysta żywa gotówka, nie do namierzenia.

Sprzedawca, ciemnoskóry Pavlo Mokroe, szybko przeliczył w pamięci. Za 148 kilogramów mógł sprzedać najwyżej trzy działki Substancji, a i to lekko naciągając wagę. Opłata dodatkowa wynosiłaby wtedy 600 kredytów imperialnych. Taka była oficjalna państwowa stawka, ustalona przez samego króla Arduna. Substancja kosztowała zarówno kredyty jak i towar. Towar był, a 1.650 IC, to by razem dawało łapówkę w wysokości 1.050 IC. Trzy działki nie wyleczą pani Satler całkowicie, ale klientka na pewno kupiłaby sobie kilka miesięcy życia na zorganizowanie czwartej dawki, która powinna już całkowicie wyeliminować promieniowanie z jej ciała.

Pavlo podjął decyzję. Towar dorzuci jutro czy pojutrze do jakiegoś większego transportu, żeby masa sumaryczna się zgadzała, opłata została wniesiona, a ponad tysiąc IC piechotą nie chodzi. Akurat wystarczy mu na wymianę filtrów wody, którą planował od kilku tygodni. I tym razem weźmie te porządne z 5-letnią gwarancją. Ryzyko wpadki istniało, ale nie było duże. W końcu to tylko sklep z Substancją, a nie wytwórnia. Pavlo otworzył szufladę ze swojej strony i zgarnął żetony.

Pieprzona Substancja, pomyślał Pavlo. Jedyny lek w systemie, który skutecznie usuwa promieniowanie. Produkowany przez jeden z gatunków tutejszej flory – gigantyczne rośliny z gatunku kumberi miasma. Ale tylko na jednym jedynym specjalnym nawozie, który pracownicy sklepów i przetwórni nazywali po prostu towarem. Naukowcy do tej pory nie rozgryźli, dlaczego akurat na nim. Ciekawa sprawa, kto pierwszy i w jaki sposób w ogóle dowiedział się o tym cudzie natury, ale Pavlo podejrzewał, że nie była to historia opowiadana studentom na pierwszym roku botaniki. A na pewno nie ta, która była prawdziwa.

–    Proszę podjechać od tyłu sklepu, zaparkować przy zsypie dla ciężarówek, zaraz ktoś do pani podejdzie i odbierze towar.

–    Dz… dziękuję – głos Doris trochę się łamał, ale szybko wybiegła ze sklepu, wsiadła do auta i podjechała od strony zaplecza tunelem technicznym.

Po nieznośnie długich 20 minutach, drzwi obok przeładowni otworzyły się i wyszedł z nich wysoki, barczysty mężczyzna, ubrany w kompletny strój ochronny. Jeszcze stojąc na rampie pokazał Doris trzy samostrzyki z Substancją, po czym schował je do kieszeni na piersi.

1by1.png

Gdy mężczyzna podszedł bliżej, Doris wysiadła z auta, podeszła do bagażnika i otworzyła go pilotem. Wewnątrz leżały trzy osoby – mężczyzna i dwoje dzieci. Dziewczynka miała może ze 3 lata, chłopiec około 7. Wszyscy mieli związane ręce i nogi i nie ruszali się.

–    Czemu towar nie rozebrany? – zapytał mężczyzna.

–    Już się za to zabieram, momencik – powiedziała Doris.

I w tym momencie mężczyzna leżący w bagażniku poruszył się, zaczął kaszleć, a po chwili wymiotować.

–    Co jest kurwa! Paniusiu! Co mi pani tu za towar dajesz? Mieli być trupy, kurwa! – wysoki mężczyzna aż odskoczył od auta.

–    Nie miałam skąd wziąć, to… to mój mąż i dzieci… a ja… ja muszę żyć!

–    Towar kurwa! Trupy mieli być!

I Doris Manuela Satler chwyciła leżący w bagażniku ciężki uniwersalny klucz i zaczęła nim walić z całej siły w głowę najpierw wymiotującego mężczyznę, a potem śpiące dzieci.

1by1.png

Towar.

Nawóz.

Trupy.

Mieli być trupy.

26 września 2020, © by Andrzej „Soulless” Kozakowski


Aina podniesiona

Czas: 2008 IJ – Czasu Imperium

Miejsce: Xome, Karatzella

Zaproszenia na Wielkie Podniesienie zostały rozesłane. Wienner Brunshwartz osobiście dopilnował, by zostały doręczone wyłącznie wybrańcom. Dwadzieścia srebrnych i dziesięć złotych zaproszeń w największej tajemnicy zostało odczytanych, a ich odbiór został pokwitowany. Zwykła formalność.

Srebrne zawierały jedynie datę i czas obowiązkowego stawienia się w celu bycia obserwatorem wydarzenia, oraz klauzulę najwyższej poufności, za złamanie której groziła śmierć wybrańca, jego całej rodziny do dwóch pokoleń wstecz i wprzód, oraz całkowita konfiskata majątku. Było to coś, czego nie spotykało się często na Xome. W zasadzie każdy, kto otrzymał takie zaproszenie, widział pierwszy raz w życiu takie obostrzenia, osobiście sygnowane przez Cesarzową.

Złote zaproszenia, oprócz wspomnianej klauzuli zawierały tylko datę i miejsce, w którym należało się stawić. Te dla odmiany, nie stanowiły dla zaproszonych wielkiego zaskoczenia. Każdy, kto otrzymał zaproszenie złote, podczas poprzedniego Wielkiego Podniesienia był jego świadkiem, jako posiadacz zaproszenia srebrnego. Wszyscy też spędzili dużo czasu na przygotowanie się do tego wydarzenia.

Jednak jedna rzecz była zaskoczeniem niemal dla każdego, kto pokwitował złote zaproszenie. Znajdowała się tam też informacja, która dawała wybór, a tego się nie spodziewali. Otóż na Wielkie Podniesienie można było się po prostu nie stawić. Wiązało się to oczywiście z pewnymi konsekwencjami, jednak nie tak przerażającymi jak złamanie zasady poufności. Alternatywą było pozbawienie obywatelstwa Cesarstwa Odrodzonej Krwi i natychmiastowe wydalenie z terytorium z nałożoną infamią i zakazem powrotu na terytorium Cesarstwa, jednak dawało 24 godziny na przygotowanie się do tego i nie wiązało się z konsekwencjami względem rodziny, ani konfiskatą mienia. Oczywiście klauzula poufności nadal pozostawała w mocy dożywotnio.

W ciągu kolejnych 23 godzin terytorium Xome opuściło swoimi prywatnymi statkami 5 osób. Czworo z nich, zanim opuściło księżyc, zorientowało się, że nie mogą skontaktować się z członkami swoich rodzin, lecz nie wpłynęło to na ich decyzję o ucieczce. Piąta, kobieta nazywająca się Yama Kokato, formalnej rodziny nie posiadała, ale postanowiła docenić hojność oferty Cesarzowej, spieniężyła więc tyle, ile zdążyła, czyli prawie 70% swoich aktywów, uzyskując za nie w tak krótkim czasie jedynie 20% realnej wartości, co i tak pozwoliłoby jej na rozpoczęcie nowego, długiego i dobrego życia w innym miejscu jako osobie bardzo majętnej. Oczywiście o ile potrafiłaby trzymać język za zębami, ale tego nauczyła się już dawno temu.

Wszyscy pozostali przybyli o czasie.

Korytarz techniczny obwodu uzdatniania wody na najniższym poziomie kanałów pod gigantycznym parkiem rozrywki w mieście Karatzella kończył się drzwiami z czytnikiem biomedycznym. Każde z piątki stanęło po kolei w zasięgu skanera, po czym weszło do znajdującej się za drzwiami windy technicznej. Gdy wewnątrz byli już wszyscy, winda ruszyła w dół. Czterysta metrów niżej, czekał na nich korytarz, który już widzieli. Oczami kamer, jako obserwatorzy poprzedniego Wielkiego Podniesienia.

Wzdłuż ścian korytarza znajdowało się 10 drzwi, każde podpisane imieniem i nazwiskiem uczestnika. Weszli do swoich pokoi. Procedurę przygotowania znali. Czegoś takiego się nie zapomina. Nawet, gdy widziało się ją tylko raz, siedem lat wcześniej.

Gela Molnar, jedyna kobieta wśród piątki uczestników usiadła na niskim podeście znajdującym się w pokoju przygotowań. Rozebrała się do naga i wzięła długi pięciominutowy prysznic. Prawdziwą wodą, która po raz pierwszy trafiała do zamkniętego obiegu miasta. Luksus, na który nawet ona wcześniej nie mogła pozwolić sobie zbyt często. Wyszła i nie wycierając się, podeszła do niewielkiego białego stołu. Wzięła znajdujący się na nim nóż, z wyglądu identyczny jak te stanowiące standardowe wyposażenie wojskowe.

Szybkim ruchem nacięła sobie wierzchnią stronę lewego przedramienia. Cięcie było głębokie, tak jak przewidywała i planowała wcześniej. Krew zaczęła spływać strumykiem po jej dłoni i palcach na powierzchnię stołu i pokrywać jego powierzchnię szybko rosnącą kałużą. Nie wiedziała, ile krwi musi poświęcić, ale wiedziała, że to konieczne, by wyrównać szanse wszystkich uczestników. Wydawało jej się, że straciła jej około pół litra, zanim usłyszała pstryknięcie znajdującej się pod blatem szuflady. Otworzyła ją i chwyciła znajdujący się wewnątrz kauteryzator. Szybko docisnęła urządzenie do rany. Trochę zapiekło, ale powstrzymała grymas bólu, gdy maszynka za pomocą kierunkowych wyładowań zasklepiała uszkodzone żyły i skórę.

Oparła obie ręce o blat stołu. Swoją własną krwią umalowała swoje usta i sutki. Podniosła nóż i jeszcze wilgotna od prysznica i lekko chwiejąc się na nogach ruszyła w stronę drzwi, które otworzyły się po drugiej stronie pokoju przygotowań. Znajdujący się tam pod transportowy przewiózł ją na jej pozycję startową.

Siedem lat wcześniej obserwowała zmagania wybrańców przemierzających techniczne korytarze. Tym razem mieli walczyć w dość dużej jaskini, częściowo naturalnej, z umieszczonymi sztucznymi ścianami różnej wysokości. Nad jej środkiem świeciło tylko jedno źródło światła, które zapewniało widoczność najwyżej kilku metrów.

Znała oczywiście swoich rywali, choć myślała, że będzie ich więcej. Poprzednim razem obserwowała walkę siedmiu kandydatów. Tym razem miało ich być tylko pięcioro. Ona – dyrektor wykonawczy M&G Water Company, Kienzolo Ckhao – prezes firmy budowlanej, Enenzi Rybaczek – właściciel Manao Lights, zajmującej się oprawą wizualną eventów sportowych, Khanadaki Su – szef sieci przetwórni spożywczych i Pawel Q. Reev – zajmujący się pośrednictwem w wynajmie surogatek. I zapewne każdy z nich, tak jak i ona spędził w ciągu ostatnich siedmiu lat bardzo dużo czasu na nauce walki nożem.

Przed jej stanowiskiem startowym rozświecił się hologram. Podejrzewała, że to samo dzieje się też u jej rywali, jednak nie zauważyła żadnej poświaty dochodzącej z innych części jaskini. Przed Gelą pojawił się obraz cesarzowej Ainy. Aina była tak samo naga jak oni i była oszałamiająco piękna.

– Witajcie na Wielkim Podniesieniu – powiedziała cesarzowa. – Główne zasady są wam znane. Jedyną różnicę stanowi miejsce. Każde z was oprócz noża ma do dyspozycji też latarkę. Latarka ma wyłącznik, jednak jeżeli go użyjecie, nie da się jej włączyć ponownie – w tym momencie Gela zauważyła, że latarka leżąca u jej stóp, a której po prostu nie zauważyła wcześniej, zaczęła świecić.

– W tych zawodach istnieje tylko jedna zasada. Tylko jedno z was wyjdzie żywe z tej jaskini. W nagrodę dostąpi zaszczytu bycia uczestnikiem czegoś, czego nie zapomni nigdy, będzie miało okazję doznać przyjemności dostępnej tylko legendarnym herosom i nieśmiertelnym. Jego lub jej los nierozerwalnie splecie się z moim na zawsze. Zawody uważam za rozpoczęte.

Hologram ponownie wygasł. Gela podniosła latarkę i poświeciła nią w stronę stropu jaskini, po czym ją wyłączyła i szybko zamknęła oczy, by jak najszybciej przyzwyczaić je do półmroku i rozpoczęła szybką medytację, wprowadzając się w bitewny trans.

Instynkt jej nie zawiódł. Pierwszy przeciwnik, zwabiony światłem jej latarki zjawił się, próbując się nieudolnie skradać niespełna dziesięć minut później. Szybki cios noża w kark załatwił sprawę błyskawicznie.

Dwie godziny później stanęła naprzeciw ostatniego żywego przeciwnika. Sama zabiła dwóch, a Khanadaki Su również tak jak i ona miał noże w obu rękach, więc to on musiał zabić Pawla. Jednak z brzucha Khanadakiego płynął strumyk krwi, którego nie miał czym zatamować. Zanim zbliżyli się do siebie na odległość walki, złożyła mu pełen szacunku głęboki ukłon.

Kilka sekund później było już po wszystkim. Pokryta krwią, która nie była jej krwią stanęła na podświetlonym po śmierci Su podzie transportowym, znajdującym się na środku jaskini. Rój dron wyruszył uporządkować miejsce zawodów, a pod uniósł się w górę i wpłynął w korytarz znajdujący się nad nią. Gela Molnar nie wypuściła noży z drżących rąk, nie wiedziała, co czeka ją dalej. Tu kończyła się transmisja z poprzedniego Wielkiego Podniesienia, w którym brała udział, jako widz siedem lat wcześniej.

Pod wpłynął do hallu dużego salonu. Jedynym meblem w pomieszczeniu było niskie łoże, na którym spoczywała Matka Aina. A nad nią, umocowane do sufitu wisiały zwłoki czterech mężczyzn. Zwłoki, z których ciągle kapała ich krew. Na samo łoże i na cesarzową.

– Wiem, co chcesz zrobić, – powiedziała Aina, – ale zanim to zrobisz, musisz mnie zaspokoić. Jak widzisz nie mam żadnej broni i jestem tu sama i gwarantuję, że do tego pokoju nie wejdzie nikt poza tobą i mną.

I Gela rzuciła noże na podłogę i podeszła do cesarzowej Ainy. I zaspokajała ją swoimi brudnymi od krwi palcami i swoim językiem, czując na sobie krople coraz gęstszej krwi kapiącej spod sufitu i obserwując swoją cesarzową doznającą orgazmu pod jej dotykiem, doznającą orgazmu, ilekroć kropla krwi ze zwłok trafiała prosto w jej usta.

I Gela Molnar, dyrektor wykonawczy M&G Water Company, ku swojemu zdumieniu i przerażeniu, podnieciła się uczestniczeniem w tej makabrycznej scenie tak bardzo, że sama doznała orgazmu.

A po wszystkim, gdy Aina leżała wyczerpana pod bardzo już słabym prysznicem krwi, Gela podniosła leżący obok łoża nóż i poderżnęła wcale nie broniącej się Ainie gardło, zaczęła szlochać i zasnęła.

A gdy ciało cesarzowej zaprzestało już pośmiertnych drgawek, ze ścian wyleciały drony i wyniosły jej zwłoki przez okrągłe drzwi, które się otworzyły.

Gdy Gela się obudziła, była naga i czysta, a wokół nie było żadnych śladów jatki. Obok niej leżała Aina, również naga i czysta, bez żadnych śladów ran.

– Witaj Gelo Molnar, moja kochanko – powiedziała Aina, – dziękuję ci, że pomogłaś mi osiągnąć kolejne Wielkie Podniesienie.

– Ale… przecież… ty… – Gela nie potrafiła wyartykułować swoich myśli.

– Witaj Gelo Molnar, moja kochanko, Wielka Podnosicielko, nowa wiceminister środowiska – powiedziała Aina i uśmiechnęła się do niej zalotnie.

8 czerwca 2020, © by Andrzej „Soulless” Kozakowski


Ucieczka z więzienia

Czas: 1065 IJ – Czasu Imperium

Miejsce: Tajne imperialne laboratorium na nieoznakowanym małym księżycu niezamieszkałej planety

Korytarz pomiędzy podziemnym lądowiskiem tajnego imperialnego laboratorium, a główną śluzą wejściową był wąski, więc stali we dwóch, ramię w ramię, bo więcej ludzi by się tam po prostu nie zmieściło. A już na pewno nie w pełnych pancerzach próżniowych. Co się działo z tymi, którzy nie mieli hermetycznych kombinezonów, zdążyli zauważyć już na lądowisku promów. Chwała kapralowi Zalzence, który powiedział żeby ubrali kosmiczne pancerze bojowe, zanim zejdą z pokładu swojego promu „UAS6 NightBurn”.

Szeregowy Pankratz i starszy szeregowy Wodeyko opróżniali magazynek za magazynkiem ze swoich przydziałowych karabinków szturmowych, strzelając krótkimi seriami w stronę tego, co wychodziło z przeciwnej strony osiemdziesięciometrowej długości korytarza. Stojący za nimi cywil, w zwykłych warunkach zajmujący się rozładunkiem sprzętu i aprowizacją ich promu, Kantoz Santiago Moralez podawał żołnierzom nowe magazynki, i odkopywał na bok te puste, które rzucali za siebie. W tym celu przytargał razem ze swoją pomocnicą z ładowni promu pełną ich skrzynię, jeszcze zapieczętowaną. Drugi magazynier, skośnooka kobieta o nazwisku tak trudnym do wymówienia, że wszyscy mówili na nią po prostu Sue, widząc, co się dzieje, pobiegła w stronę promu, wrzeszcząc do swojego komunikatora, żeby pilot poszukał jakiejś cięższej broni, mimo że dobrze wiedziała, że na wyposażeniu NightBurna nie było nic cięższego niż kilka karabinów i pistoletów.

1by1.png

Stos trupów dziwnych stworzeń, nieprzerwanie napierających z drugiej strony korytarza, kończył się kilka metrów przed nimi. Pojawiały się falami, po kilka, kilkanaście sztuk. Wszystkie wyglądały tak samo. Jak skrzyżowanie karalucha ze skorpionem, tylko wielkości dużego psa. Na szczęście ich pancerz nie był w stanie ochronić ich przed strzałem z karabinku. Po jednym, czy dwóch trafieniach w korpus, padały martwe, brocząc przezroczysto-pomarańczowym śluzem. Wyglądały na zdezorientowane. Pomijając całą absurdalność sytuacji, żołnierze nie czuli więc dużego zagrożenia. Przynajmniej do momentu, w którym karabin Wodeyki nie wybuchł mu w rękach.

– Kurwa, chyba zapiekło mi lufę – krzyknął do kolegi, po czym rzucił karabin na podłogę i sięgnął po służbowy pistolet.

– Masz cały pancerz? – spytał Pankratz.

– Tak, wszystko szczelne – odkrzyknął Wodeyko, strzelając z pistoletu do kolejnej fali nadbiegających korytarzem dużych owadów.

– Panie kapralu, potrzebujemy nowego karabinu, cholera wie ile tu tego jeszcze wylezie – Wodeyko tym razem otworzył komunikacyjny kanał ogólny – Sue, znalazłaś coś większego?

– Tu Sue. Tak, znalazłam w ładowni skrzynkę z granatami. Już do was biegnę, ale chyba wrócę się jeszcze po ten karabin, będę za 3-4 minuty.

Minutę później z otwartego włazu na końcu korytarza wybiegła grupa ponad setki owadów i pełnym pędem rzuciła się w stronę żołnierzy, tym razem dużo szybciej, niż poprzednie. Kilka owadów dobiegło do nich i próbowało żuchwami przegryźć ich pancerze. Wodeyko po kolei rozstrzeliwał je swoim pistoletem. Po chwili korytarz ponownie przypominał nieruchome cmentarzysko.

– Nic mi nie zrobiły, kilka rys tylko, poza tym w pancerzu nie mam nawet wgłębienia, – powiedział Pankratz, opanowując oddech.

Wodeyko odwrócił się w stronę stojącego za nimi Moraleza, jednocześnie próbując zobaczyć, czy nadchodzi już Sue z granatami. Moralez stał jak słup, w obu rękach trzymając magazynki dopiero co wyjęte ze skrzyni i tępo wpatrywał się przed siebie, nie na Wodeykę, w korytarz.

– Ja jebię, to… – zdążył powiedzieć na kanale ogólnym Pankratz, po czym otworzył ciągły ogień, który zagłuszył dalszą część jego wypowiedzi.

Wodeyko ponownie odwrócił się w stronę korytarza, wyciągając przed siebie pistolet i zamarł.

W ich stronę pełzło coś dużego. Nie było widać dokładnie co, bo sunęło po podłodze. Przeciskało się przez trupowisko, pchając przed sobą i na sobie setki owadzich trupów, używając ich, jako ruchomego dodatkowego pancerza. Na pewno było duże, szerokości prawie całego korytarza.

Karabin Pankratza ucichł na chwilę, szeregowy szybkim ruchem wymienił magazynek i ponownie otworzył ogień ciągły. Jednak po sekundzie jego karabin eksplodował tak samo, jak wcześniej ten Wodeyki. Nie były to karabiny przystosowane do ciągłego strzelania przez ponad pół godziny, bo tyle trwała już ta jatka. Ich producent zakładał zapewne, że po kilku minutach strzelaniny martwy będzie albo żołnierz, albo jego cel.

To, co pełzło po podłodze, teraz się podniosło. Widzieli to dobrze, bo dotarło może na 10 metrów od nich. To też był owad, tylko dużo większy. Z przodu swej głowy miał dwie zrogowaciałe płyty, zasunięte jedna na drugą. Teraz się jednak rozsunęły i pomiędzy nimi zobaczyli jego głowę z małymi zdeformowanymi szczękami, spomiędzy których kapała zielono-niebieska wydzielina.

1by1.png

I wtedy owad na nich rzygnął. Ich pancerze zaczęły się tlić, a wewnętrzne systemy bezpieczeństwa zgłosiły raporty o dehermetyzacji. Po chwili wydzielina, która pokrywała nie tylko ich pancerze, ale też sporą część korytarza, zaczęła płonąć.

Wtedy stało się kilka rzeczy.

Moralez, widząc, co się dzieje, odwrócił się i próbował zacząć biec w stronę promu.

Wpadł na dobiegającą właśnie do nich Sue, taszczącą skrzynię z granatami, wywracając ją. Granaty rozsypały się po podłodze.

Z płonącego korytarza wybiegł wrzeszcząc, płonący starszy szeregowy Wodeyko i upadł na jeden z turlających się granatów.

Granat wybuchł. Wybuchły wszystkie pozostałe przyniesione przez Sue granaty. Cztery osoby zginęły natychmiast.

Fala uderzeniowa wymiotła z korytarza zarówno setki małych owadzich trupów, jak też tego jednego dużego. Korytarz się zawalił.

Fala uderzeniowa, która poszła w stronę lądowiska, przesunęła prom o kilka metrów, uszkadzając lewy silnik i wciskając sam prom pod skalny nawis, niszcząc tym samym całkowicie prawy.

Wstrząs uszkodził też dach podziemnego lądowiska.

1by1.png

Kapral Zalzenka, gdy tylko odzyskał przytomność i otarł krew z rozwalonego łuku brwiowego, spojrzał na mrugającą konsolę sterową i zdał sobie sprawę, że NightBurn nie będzie nadawał się do lotu, przynajmniej do czasu generalnego remontu.

Po chwili zorientował się, że nie jest w promie sam. Gdy się odwrócił, zobaczył owadzią głowę wpatrującą się swoimi złożonymi oczami jednocześnie i w niego i na konsolę. A za tą głową, całe owadzie ciało, pokryte błyszczącym, brązowo-czerwonym pancerzem.

Próbował sięgnąć do konsoli i uruchomić wezwanie pomocy, ale jego ręka została błyskawicznie odcięta w połowie drogi przez owadzie szczypce.

Kolejna para owadzich odnóży sięgnęła w stronę konsoli i kilkoma wprawnymi ruchami wyłączyła zasilanie promu. Tak jakby owad doskonale wiedział, co i w jakiej kolejności nacisnąć.

Szczypce ponownie mignęły w powietrzu i tym razem wbiły się od tyłu w fotel Zalzenki, przebijając go na wylot. Tak samo jak klatkę piersiową kaprala.

I gdy umierał, kapral Zalzenka ciągle wpatrywał się w owadzie oczy nowej królowej roju. Oczy, choć tak bardzo nieludzkie, to jednak pełne inteligencji.

29 stycznia 2020, © by Andrzej „Soulless” Kozakowski


Analog

Czas: 1854 IJ – Czasu Imperium

Miejsce: Wrak krążownika “Broderick”, orbitujący po mocno eliptycznej orbicie w okolicach kosmicznego złomowiska

Ionner długo się nie zastanawiał i uruchomił procedurę dokowania. Wrak krążownika CA-401 „Broderick” na wyświetlaczach jego zwinnej fregaty „Szperacz 002A-IV” wykazywał tylko szczątkową aktywność elektromagnetyczną, zapewne pochodzącą z awaryjnych podtrzymywaczy zasilania, a kadłub miał całkowicie zdemontowane silniki i wyrzutnie. Zdemontowane, a nie zniszczone. Wyglądało to na porzucony statek wojskowy Imperium Trzeciego Słońca. Może i nie było już na nim nic, co interesowało wojskową ekipę demontażową, ale Ionner był pewien, że znajdzie na nim trochę przydatnego złomu. Wojsko Imperium Trzeciego Słońca nigdy nie było jakoś bardzo skrupulatne przy oczyszczaniu swoich jednostek. Przy wycofywaniu okrętu ze służby liniowej usuwali napęd, zasilanie i oczywiście uzbrojenie, ale nie lubili tracić czasu na rozbebeszanie i wyciąganie drobnej elektroniki użytkowej i wyposażenia załogi. A „Broderick” wyglądał na świeżynkę, taką, na której Ionner miał szansę być pierwszym Dłubaczem.

Po wejściu na pokład przez śluzę techniczną nie zauważył żadnego taga. Znaczyło to, że miał rację. Był tu pierwszy. Szybko oznaczył środek prawej ściany swoim znakiem. Według kodeksu Dłubaczy od teraz, aż do jego wyjścia ze statku, był on jego własnością i Ionner miał prawo zebrać i wynieść tyle rzeczy, ile tylko da radę. Później wrak stawał się dobrem ogólnie dostępnym.

Skierował się w stronę kajut załogi. W pierwszej nie znalazł nic ciekawego, ale wymontował w pełni sprawny panel kontrolny drzwi, oraz zestaw czujników tlenu, dymu i toksyn. Dobry wojskowy czujnik, na pewno warty kilkadziesiąt imperialnych kredytów. Na takie rzeczy zawsze był zbyt, żadne z tego kokosy, ale uznając przelicznik czasu pracy do zarobku – rzecz była warta zachodu. Nawet gdyby w całym statku zostało tylko po jednym czujniku w każdej kabinie, to Ionner już miałby w jeden dzień wyrobioną dobrą tygodniówkę. A liczył na coś więcej. Gdy w drugiej kabinie znalazł prawie nowy przenośny odtwarzacz holo i paczkę stymulantów wraz z dozownikiem – uśmiechnął się od ucha do ucha. Zapowiadało się Dobre Dłubanie.

Zrobił już dwa kursy z plecakiem pełnym elektronicznych i innych wartościowych znalezisk do swojego Szperacza. Za drugim razem ponownie zerknął na ekrany skanerów i zlokalizował pomieszczenie na „Brodericku”, z którego ciągle dochodziły sygnały aktywności elektromagnetycznej. Ambulatorium – pomyślał, tam zawsze są kilkupoziomowe systemy awaryjnego zasilania, może wojskowi coś przeoczyli, na przykład baterię kubiczną wmontowaną w automatykę ściany respiratorów – rozmarzył się Ionner.

Do pomieszczenia wchodził jak zwykle ostrożnie. W końcu skoro było tu zasilanie, to mógł być czynny alarm, albo jakieś lekkie systemy obronne. W prawej ręce trzymał pistolet, w lewej spawarkę uniwersalną. Coś jednak spadło na niego z góry i przebiło kombinezon. Zanim stracił przytomność, zdążył zobaczyć światełka na panelu łóżka zabiegowego i kilka kręcących się w kółko robotów medycznych.

* * *

Ionner obudził się gwałtownie. Leżał przywiązany do łóżka zabiegowego. Zamiast prawej ręki miał teraz kończynę cybernetyczną. Ból z niej dochodzący był ogromny, miał wrażenie, że to właśnie on go wybudził. Spróbował się poruszyć. Natychmiast pochyliły się nad nim dwa roboty medyczne, po chwili zakręciło mu się w głowie, ale ból zmalał.

– Zostałeś włączony do mojego roju – odezwał się głos. Dochodził z jednego z robotów stojących nad łóżkiem medycznym.

– Co ze mną zrobiliście? – głos otumanionego Ionnera był ledwo słyszalny.

– Dokonałam z tobą znanej ci dobrze transakcji handlu wymiennego. Zainstalowałam ci kawałek siebie, w zamian pobrałam od ciebie prawą rękę. Od teraz jesteś częścią mojego roju. Zostałeś Analogiem.

– Jakiego handlu?

– Twoja-moja nowa ręka jest integralną częścią mojego roju. Nie wolno ci się jej pozbyć, ani dopuścić do braku jej zasilania, gdyż wtedy umrzesz. Żeby ułatwić ci zadanie, zainstalowałam w twojej-mojej nowej ręce, Analogu, standardowe gniazdo zasilania, a o potrzebie naładowania będzie informował cię prosty do zrozumienia nawet dla ciebie, Analogu, sygnał bólu. Oddaję ci, Analogu, częściową władzę nad tą kończyną, tak jak ja przejęłam władzę nad twoją kończyną biologiczną. Handel uważam za korzystny dla ciebie. Podporządkuj się Czarnej Królowej, żyj długo i szczęśliwie.

Robot medyczny, z którego dochodził głos odpiął pasy, którymi Ionner był przywiązany, przez chwilę trwał w bezruchu, po czym wrócił do kręcenia się w kółko, tak samo jak wtedy, gdy zauważył to Ionner, wchodząc do ambulatorium.

Ionner usiadł na łóżku i przyjrzał się swojej ręce. Wyglądała trochę cudacznie, ale gdy spróbował nią poruszać, okazało się, że jest całkiem funkcjonalna. Prawie jak standardowa proteza. Miała lekką tendencję do opóźniania swojego działania względem wysyłanych sygnałów nerwowych. Mogło to być trochę irytujące, ale raczej nie stanowiłoby przeszkody w codziennym funkcjonowaniu.

Dłubacz wstał i podszedł do robotów medycznych. Próbował je przeprogramować, żeby szły za nim, ale wszystkie wyglądały na uszkodzone. Wyłączył je więc po kolei i zatargał na swój statek. Gdy mocował ostatniego w ładowni, nowa cyberkończyna zaczęła go boleć. Ból stawał się coraz silniejszy, a w miejscu, w którym znajdowało się gniazdo ładowania, Ionner zaczął odczuwać pulsujące pieczenie.

– Żesz kurwa – zaklął i podszedł do ładowarki narzędzi. Gniazdo faktycznie było standardowe, więc podłączył ładowarkę bez problemu i w tym momencie jego ciałem szarpnął spazm orgazmu.

Ładowanie nowej kończyny było przyjemne. Dostęp do systemów „Szperacza 002A-IV” był przyjemny dla Czarnej Królowej.

* * *

Cztery doby później dopakował ładownię ostatnim odzyskanym z „Brodericka” sprawnym elektronicznym złomem, który mógł być coś warty i usiadł w fotelu pilota. Wyznaczył kurs na Etero, gdzie miał znajomego pasera i uruchomił silniki.

„Szperacz” jednak poleciał w zupełnie innym kierunku, prosto ku tymczasowemu gniazdu Czarnej Królowej. Ekstatyczny wyraz twarzy nowo pozyskanego Analoga sugerował, że Ionner nie miał nic przeciwko.

28-31 sierpnia 2020, © by Andrzej „Soulless” Kozakowski


Rutynowe zadanie

Czas: 1744 IJ – Czasu Imperium

Miejsce: Xome, okolice miasta Kibhura

– Tędy szkodniki wyszli – stróż wskazał dziurę w podłodze magazynu.

Semper Saganis i Torrento Enoeshi spojrzeli w stronę, którą wskazał cieć. AlterBot Sempera podrapał się po brodzie. Na szczęście miał zabezpieczone wyrzutnie kinetyczne, zamontowane w przedramionach pancerza, inaczej zapewne straciłby głowę.

Jeszcze godzinę temu wszystko wyglądało pięknie. To miało być rutynowe zadanie. Prosta robota. Standardzik, że kurwa, ja pierdolę.

***

„Dziś 04:30 USMT. Zgłoszono kradzież 30 tysięcy ton nawozu sztucznego „Sanitaze Mechior EV2” z magazynu koncernu „Nature Grow, Martinez & Sons”. Nagroda 10.000 za ustalenie, aresztowanie, lub potwierdzoną likwidację złodziei. Nagroda 1.500.000 za odzyskanie 100% towaru, wypłacana proporcjonalnie po odstawieniu towaru na miejsce”.

Po prostu jebana bajka samograjka. Semper i Torrento dogadali się w minutę, Semper klepnął zlecenie, a Torrento zadzwonił do swojego kumpla – Manolo Kozinskiego, który miał latającą wywrotkę na 500 ton, no i znał Gerarda Buzdygę, którego za 5 tysiaków można było ściągnąć z dziwki nawet o 3 w nocy, a który wiedział, komu posmarować za „pożyczenie” wojskowego orbitalnego popychacza. A militarny popychacz wiadomo, nawet jak by milion ton było do przepchania to najwyżej by pociąg się turlał trochę dłużej. A Buzdyga, choć często lubił przyćpać, to 30 tysięcy ton popchnąłby tam gdzie trzeba, nawet rzygając z zamkniętymi oczami i palcem w cipce jakiejś plastikowej panny.

Znalezienie złodziei i ewentualną rozpierduchę brali jak zawsze we dwóch na siebie. Od paru lat stanowili zgrany zespół. Semper zawsze z przodu w swoim odpicowanym Taranie KZP-22, a Torrento za nim, nad nim, czy pod nim w wyśrubowanym poniżej 200kg Waspie D-8k. Oba AlterBoty oczywiście wywalone w kosmos w kategorii ulepszeń i zmian w stosunku do modelu standardowego. Na wypasie i z przytupem. Muskuł i Wślizg. I przede wszystkim chłopaki szanowali się nawzajem i nigdy, nawet po największym nawaleniu się prochami, żaden nie wypomniał drugiemu, że należy mu się większy procent z zarobku. Prawdziwi przyjaciele, zakochani w swoich AlterBotach. „Sempo i Torro, oko za oko, pół na pół i kotwica w plecy skurwysynom” – tak o nich mówili w szemranych knajpach, do których chodzili najemnicy.

Za transport to chłopaki zaproponowali ciut powyżej średniej. Za odwalenie całej logistyki z dostarczeniem kradzionego towaru na miejsce 60% miało iść dla Manolo i jego ekipy. Manolo jak usłyszał „up to nine hundred” z „prosęta ze trzyjści tysi toniaczy same kemiki bez nielegów” [tłum. aż do dziewięćset tysięcy z procentu od trzydziestu tysięcy ton, sama chemia, nic nielegalnego], to gotowy do akcji był już pół godziny wcześniej, zanim Semper w ogóle zobaczył zlecenie.

Taka to była ekipa, Sempo i Torro, wyśledzić hujków, ponapierdalać się z nimi, ale targanie towaru to nie dla nich, szkoda psuć fryzurę, lepiej dać napiwek Manolo, niech głosi reklamę i legendę ich duetu. Bo jesteś tym, co o tobie mówią, a nie tym ile masz zer na koncie. Taki biznes.

***

– Nagrania są? – zapytał ciecia Torrento.

– Tam wszystko widać było na ekranie, ja to się po prostu bał wyjść, chodźta panowie – stróż poprowadził ich w stronę drabiny prowadzącej do kanciapy.

Torrento nie czekał, żeby iść za stróżem, tylko odpalił silniki skokowe i w sekundę był na platformie na wysokości 4 piętra. Wszedł do środka i podłączył swoją „szpilkę” do komputerów monitoringu. Po kilku sekundach znalazł to nagranie, którego szukał i wysłał je do Sempera.

Oglądali w milczeniu kilka minut, przewijając zapis, na którym regularnie było widać sznur owadów wielkości samochodu, po kolei wchodzących przez wybitą w podłodze dziurę, podchodzących do magazynowych stelaży i wynoszących kradziony nawóz po cztery palety na raz i ponownie znikających w dziurze w podłodze. Nie brały nic innego. Zostawiły nawet kilka palet fabrycznie zapieczętowanej broni palnej, stojących blisko trasy ich przemarszu. Nie tknęły też półek pełnych „Aztor Queen dev.3”, mimo że każdy gówniarz wiedział, że z Aztorem jest dużo mniej pierdolenia się, niż z Mechiorem, jeżeli chce się zrobić z niego bombę. Nosz kurwa, wzięły tylko pierdolony Sanitaze Mechior i nic więcej. Nie zniszczyły nawet kamer monitoringu, nie zabiły stróża. Dwadzieścia dwie minuty pierdolonego filmu z pociągiem mrówek tachających palety chemicznego gówna. Weszły, zabrały, wyszły, zniknęły, nawet nie zawaliły za sobą tunelu.

– Wchodzimy – w końcu odezwał się Torrento i zeskoczył z platformy ze stróżówką.

Tunel był owalny, o średnicy ponad 4 metrów i łagodnie schodził w dół. Semper jak zwykle szedł przodem, Torrento za nim z odpalonymi wszystkimi czujnikami. Cisza, pustka, nic, żadnego śladu ani wroga, ani towaru.

Dwadzieścia jeden kilometrów prawie prostego tunelu. I pierwszy zakręt.

Odruchowo zwolnili. Semper powoli wyszedł zza zakrętu z włączonymi wszystkimi modułami obronnymi, będąc przygotowanym na atak tak jak to tylko możliwe.

Nie był przygotowany jednak na to, że za zakrętem czeka na niego kilkaset owadów, przyczajonych do skoku. Pierwszy z nich spowodował tylko, że jego AlterBot wbił się mocniej w grunt, ale już atak kolejnego rzucił nim o ścianę tunelu. Kolejka owadów z tyłu rozpoczęła swoje skoki, wpadając na niego i na siebie nawzajem. Za Semperem była już tylko ściana, a przed nim setki chcących go rozszarpać potworów. Temu, który wbił go w ścianę i próbował go ugryźć – wywalił dziurę w głowie na wylot swoją wyrzutnią kinetyczną. W pozostałe strzelał na oślep z działek zamontowanych na przedramionach i biodrach AlterBota.

Torrento też nie stał bezczynnie. Wycofał się trochę w głąb korytarza, którym przyszli i ostrzeliwał pojawiające się owady po oczach swoim karabinkiem igłowym. Odpalił też granaty z pianą klejącą, otaczając przestrzeń przed Semperem szarym glutem, w którym przynajmniej chwilowo grzęzły nacierające owady.

Semperowi amunicja skończyła się dwie minuty później. Zostały mu tylko kinetyczne wyrzutnie i granaty. Ale tych wolał nie odpalać w tunelu. W ich tandemie on był młotem, a nie szermierzem.

Torrento wysunął tytanowe hipersoniczne ostrza z przedramion i co chwilę doskakiwał do któregoś owada, odcinając mu czułki, niszcząc oczy, odcinając szczęki, kończyny, czy robiąc dziurę w czaszce.

Trzy minuty jatki później, wyświetlacz Sempera płonął czerwienią, raportując przeciążenie kolejnych siłowników, a analiza bojowa ciągle wskazywała zbliżające się i skaczące na niego kilka setek wrogów. Torrento stracił jedno ze swoich ostrzy, które zaklinowało się w czaszce któregoś owada, gdy kolejny będący za nim, skoczył i przygniótł tego pierwszego do ściany, w którą wbity był Semper. W drugim ostrzu zepsuł się moduł wibracyjny.

– Uciekaj, – powiedział Semper do partnera, a w jego głosie było słychać ogrom smutku, – Jebnę granaty. Nie wyjdę stąd, ale Ty może zdążysz.

– Nie ma mowy, nie zostawię twojego Muskuła tym kleszczom! – krzyknął Torrento, ale odruchowo zerknął na korytarz, którym tu przyszli i zaniemówił.

Piętnaście metrów dalej, na podłodze wyrytego przez owady tunelu siedziała dziewczyna. Gdy zauważyła, że Torrento ją dostrzegł, pomachała mu ręką i się uśmiechnęła.

– Nie chciałam się wtrącać, w końcu byliście tu pierwsi – usłyszeli ją obaj, mimo że byli na prywatnie kodowanym kanale, którego zabezpieczeń nie powinno się dać złamać.

– Kim jesteś? – Semper spytał, robiąc zamach i wywalając dziurę w czaszce kolejnego nacierającego owada, przy okazji łamiąc szczypce innego, próbujące dostać się w pobliże jego głowy.

– Nazywam się Hanna. Miło mi zobaczyć Sempo i Torro w akcji – odpowiedziała dziewczyna i zasalutowała. Dopiero teraz zobaczyli, że jej prawa ręka jest cybernetyczna.

– Wynoś się stąd razem z Torrento, nie damy rady, za dużo tych kleszczy na raz, zaraz odpalę granaty.

– A mogę Cię prosić, byś tego nie robił, szkoda mi czasu na kopanie nowego tunelu, skoro ten jest gotowy.

Dziewczyna wstała. Zakręciła się w miejscu jak jakaś baletnica, a swoją cybernetyczną ręką zatoczyła w powietrzu koło. A korytarz za nią zaświecił się tysiącem kolorowych światełek i ożył.

Dopiero w tym momencie na wyświetlaczu bojowym Torrento pojawiły się tysiące nowych celów. Podłogi, ściany, sufit, wszystko na długości kilkudziesięciu metrów pełne było małych dron, które jednocześnie ruszyły w ich kierunku. Mechaniczna fala małych urządzeń, bardzo podobnych na wyświetlaczu bojowym do nacierającej na nich fali owadów minęła Torrento, a później Sempera i wpłynęła falą w korytarz, z którego atakowały owady. Minutę później cała część korytarza za zakrętem pokryta była krwawą breją pociętych na małe kawałki owadzich ciał. Zupełnie jakby ktoś wrzucił dużą garść modliszek do blendera.

Hanna podeszła do wbitego w ścianę Sempera i gestem cybernetycznej dłoni przywołała kilka swoich dronów. Te wydostały jego AlterBota w kilka sekund, po czym poleciały w głąb tunelu. W tym czasie pozostałe drony przeczesywały korytarze i pomieszczenia znajdujące się przed nimi.

I tak stali przez chwilę we troje, dwie maszyny i żywa kobieta z niewielkimi tylko cybernetyzacjami, wszyscy po kostki w krwawej breji i oglądali się wzajemnie.

– Chłopaki, – Hanna przerwała ciszę, – jeżeli chcecie odzyskać jeszcze trochę tego nawozu, po który przyszliście, to powinniście zdążyć zabić ich przetwórnię pół kilometra dalej, zanim wszystko zamieni na cholera wie co. Cała ich ochrona była tutaj, więc dacie radę nawet przy waszych uszkodzeniach. Ale ja tu nie przyszłam po to zlecenie. Chciałam porozmawiać sobie z ich królową, o ile w ogóle da się z tym czymś porozmawiać. Ale teraz już wiem. że tu jej nie ma, więc wracam.

– Dzięki za pomoc – wykrztusił z siebie Semper.

– Nie ma za co, dziś ja wam, jutro wy mi. Tak to działa w mojej rodzinie.

I odeszła w głąb korytarza, którym wszyscy przyszli, oddalając się coraz bardziej, otoczona świecącym rojem dronów jak aureolą.

Gdy zniknęła im już z oczu i wyświetlaczy, odwrócili się do siebie.

– Nie wiem jak ty, Sempo bracie, – bardziej szepnął niż powiedział Torro natchnionym głosem, – ale ja chcę być częścią takiej rodziny.

30 kwietnia 2020, © by Andrzej „Soulless” Kozakowski